czwartek, 7 grudnia 2017

Mestia. Wieże z widokiem na góry

Nie miałam w swoich gruzińskich planach Mestii, tak jak nie planowałam skręcić kostki. Miałam wędrować 5 lub 6 dni w okolicach Kazbeku, a resztę czasu spędzić na podróżowaniu po kraju i zwiedzeniu. Jednak kostkę skręciłam i musieliśmy z M. zmienić trasę. Kiedy już zobaczyliśmy dużo monastyrów i twierdz, a także odpoczęliśmy nad morzem, zostało nam kilka dni do powrotu do Polski. Jeden dzień wystarczył nam, żeby nacieszyć się morzem i zgodnie stwierdziliśmy, że brakuje nam gór.

W otoczeniu szczytów


Znajomi bardziej zachwycali się okolicami Kazbeku niż Swanetią - regionem, w którym leży Mestia. Mówili, że jeśli nie będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, lepiej skupić się na tym pierwszym miejscu. Cieszę się, że jednak nas tam poniosło (a raczej "powiozło" marszrutką). Już w drodze do Mestii nie mogliśmy oderwać wzroku od tych krajobrazów.  Nasz kierowca nie był typowym Gruzinem jeśli chodzi o jazdę, więc nie dość, że widoki nie były dla nas tylko szybkimi migawkami, to jeszcze bez problemu się zatrzymywał, kiedy któryś z pasażerów chciał zrobić zdjęcie.



Najbardziej z drogi pamiętam te postoje, bo ze względu na gwałtowne zmiany wysokości byłam ledwo żywa. Bezbłędnie jednak wyczułam, że zbliżamy się do celu, kiedy za oknem zaczęły się pojawiać wieże. Przed wyjazdem czytałam, że stawiano je przy zwykłych domach w celach obronnych. Mieszkańcy chowali się w nich na przykład przed swoimi sąsiadami, którzy chcieli się na nich zemścić.

Gruzińska muzyka i gościnność


Główny plac Mestii, na którym zatrzymał się nasz bus, miał spójną zabudowę - kilkupiętrowe domy obłożone kamieniami i drewnem. Na parterze jednego z nich jest kawiarnio-restauracja Laila. Wieczorami można tam posłuchać na żywo gruzińskich zespołów wokalnych, wykonujących tradycyjne pieśni. Panowie również tańczą i wyciągają na parkiet gości.

Zatrzymaliśmy się w skromnym, ale zadbanym domu gościnnym Mziuri. Przywitał nas zapach świeżo upieczonego ciasta, które tak chwaliliśmy po angielsko-rosyjsku, że dostaliśmy cały talerz!
Stojąc na niewielkim podwórku, wpatrywałam się w góry i serce mi się rozdzierało, bo przecież nie mogłam po nich chodzić.

Punkt widokowy w Gudauri


Była jednak nagroda pocieszenia - wyciąg krzesełkowy w Gudauri. Dojechaliśmy busem z Mestii pod samą stację, a później już "tylko" musiałam przeżyć podróż wyciągiem, czego bardzo nie lubię. Dla takiego spotkania z górami było jednak zdecydowanie warto się przemęczyć.