Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostopem po Islandii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostopem po Islandii. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 listopada 2016

Autostopem przez Islandię. Półwysep Snæfellsnes i Reykjavik

Na północy Islandii, tak jak w pozostałych częściach kraju, zdecydowanie nie da się nudzić. Można pokąpać się w ciepłych źródłach w okolicach jeziora Myvatn (Jardbodin vid Myvatn), obserwować ptaki (występuje wiele rzadko spotykanych gatunków, na przykład maskonur, który jest dostępny we wszystkich sklepach z pamiątkami jako maskotka, magnes czy brelok) albo wieloryby. My jednak pędziliśmy dalej, ponieważ do końca naszego wyjazdu było coraz mniej dni, a - nakręceni opowieściami Islandczyków - bardzo chcieliśmy dotrzeć na fiordy zachodnie. Słyszeliśmy, że wybiera się tam niewielu turystów, ale jakoś udaje się złapać stopa. Najbardziej jednak zachęciła nas perspektywa ciepłej kąpieli (oczywiście na świeżym powietrzu) tuż przy oceanie w Drangsnes i zobaczenia różowej plaży.

Autostopem na fiordy zachodnie

Stanęliśmy przy drodze obok jeziora Myvatn i złapaliśmy świetnego stopa. Niemiec Jonas wracając z Kanady miał przesiadkę w Reykjaviku. Podobno islandzkie linie lotnicze dają w takim przypadku możliwość zostania trochę dłużej w kraju, żeby móc go zwiedzić. Nasz kierowca zarezerwował sobie na to trzy dni. Wypożyczył samochód, w którym codziennie spał i ekspresowo objeżdżał wyspę. Kiedy się spotkaliśmy, był już w drodze powrotnej do stolicy. Dzięki temu mogliśmy się z nim zabrać dość daleko, bo aż do drogi na fiordy zachodnie. Wspólny czas minął nam bardzo szybko, bo Jonas miał otwarty umysły i mogliśmy z nim podyskutować na przeróżne tematy. Co jakiś czas robiliśmy sobie przerwy na robienie zdjęć. Jedna z nich wypadła, jeszcze na północy, przy pięknym wodospadzie Goðafoss.


Ale widoki podczas jazdy z Jonasem nie robiły na mnie takiego wrażenia jak na wschodzie czy południu. W krajobrazach północy dominowały farmy i pola. Urozmaiceniem były górskie szczyty.


Wysiedliśmy przy stacji benzynowej N1 - Staðarskáli, skąd musieliśmy przejść tylko niewielki kawałek do drogi, która - jak myśleliśmy - miała nas bez problemu zaprowadzić na fiordy zachodnie. Założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe rzeczy, bo było tylko 6 stopni. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy piosenki, żeby podnieść się na duchu. Ruch był niewielki. Po ponad godzinie zatrzymał się Islandczyk z synem, ale mógł nas powieźć tylko do oddalonej o 5 kilometrów miejscowości Borðeyri. Tam staliśmy przy drodze ponad półtorej godziny. Wiatr wiał niemiłosiernie, byliśmy przemarznięci, więc postanowiliśmy, że prześpimy się gdzieś pod dachem. Jednym miejscem noclegowym był Tangahús (drogi, ale bardzo klimatyczny).


Na drugi dzień wróciliśmy na nasze miejsce, ale wiatr niestety nadal był silny. M. odkrył krzaki, w których na zmianę się chowaliśmy, żeby trochę się ogrzać. Po godzinie niewielkiego ruchu zdecydowaliśmy, że będziemy łapać w obie strony. Ostatecznie zabraliśmy się z panem z miasteczka, jadącym na stację benzynową, przy której wysiedliśmy dzień wcześniej. Tam zatrzymała się dla nas sympatyczna Islandka po pięćdziesiątce. Wytłumaczyła nam, że wybrana przez nas poprzednio droga była dawną opcją dojazdu na fiordy zachodnie. Zaproponowała, że podrzuci nas do nowej. Po drodze dowiedziałam się, że ma 30 krów i 30 baranów na swojej farmie. Kobieta podsumowała, że to niewiele, ale hodowała je tylko na potrzeby swojej rodziny. Powiedziała, że bardzo lubi jeść baranią głowę (jedna z tradycyjnych potraw w Islandii), a mięso zwykle konserwuje trzymając je w maślance. 

Przy drodze numer 60 (ta, którą aktualnie jeździ się na fiordy zachodnie) niestety znowu nie mieliśmy szczęścia. Ruch był niezły, ale nikt się nie zatrzymywał. Nie potrafiliśmy zrozumieć, dlaczego. W innych częściach kraju szło nam przecież bardzo fajnie. Jednak w takiej sytuacji musieliśmy odpuścić. Straciliśmy dzień próbując się dostać na zachód i nie chcieliśmy spędzać więcej czasu tylko jeżdżąc. 

Autostopem na półwysep Snæfellsnes

Postawiliśmy więc na plan B - półwysep Snæfellsnes. Pierwszym samochodem, do którego wsiedliśmy, podróżowali dziewiętnastoletni Islandczycy - dziewczyna i chłopak. Pierwszy raz, podczas naszej podróży po wyspie, nie mogliśmy się doczekać, kiedy dojedziemy. Byli zarozumiali i zblazowani. Robili miny, gdy mówiliśmy, że w Polsce zarabia się mniej, przechwalali się, ile oni dostają w hotelu i że nie mają tego nawet jak wydawać. Chłopak stwierdził, że nie umiałby podróżować tak dziko jak my. Na bogato zwiedził już Londyn, Budapeszt, Stany, RPA. Wcale mu nie zazdrościłam. Ja opowiadam o swoich przygodach ze zdecydowanie większym entuzjazmem. A przez tego nastolatka tylko złapaliśmy doła. Na szczęście pomógł się nam go pozbyć Islandczyk koło sześćdziesiątki, który przez 40 lat mieszkał w Stanach. Teraz rozwozi po wyspie wodę Icelandic Glacial (jej butelka ma cudowny design, sprawdźcie). Na pożegnanie kazał nam wziąć sobie tyle butelek, ile potrzebujemy. 
Choć nie mogliśmy przeboleć fiordów zachodnich, półwysep bardzo nam się podobał. Jechaliśmy w otoczeniu strumieni i gór. 



Naszym pierwszym przystankiem było urocze miasteczko na wybrzeżu - Stykkishólmur. Warto się do niego wybrać, ale odradzam pobyt na tamtejszym kempingu, jeśli liczycie na ciepły prysznic. Stawka za pobyt jest taka sama jak na porządnych polach, a można się umyć jedynie w zimnej wodzie, w dodatku kabina znajduje się na zewnątrz. 
  
Maskonury w Stykkishólmur

Wieczorem tego dnia oraz rano kolejnego zwolniliśmy tempo. Miałam gorączkę po stopowaniu w niskiej w temperaturze, więc zrobiliśmy zakupy i wybraliśmy się na spacer po miasteczku. Są w nim ładne, kolorowe domki, port i niewielka latarnia morska na wzgórzu. Kiedy się już na nie wejdzie, można dojrzeć fiordy zachodnie albo słynne maskonury. Nam udało się zobaczyć jednego. 



Po zwiedzaniu ruszyliśmy w głąb półwyspu. Nie mogliśmy dotrzeć w wybrane miejsce na jednego stopa, ale za to szybko mieliśmy kolejne. Po drodze byliśmy między innymi w Grundarfjörður, gdzie akurat odbywało się bardzo kolorowe święto. Każda część miasteczka miała inny kolor - czerwony, zielony, niebieski lub żółty.


 Kemping w Hellisandur i zatoka Nesbjarg

Stamtąd dostaliśmy się na najfajniejszy - w mojej opinii - kemping w Islandii, w Hellisandur. Podobał mi się tak bardzo, ponieważ namioty rozbijało się na niewielkim terenie, otoczonym polami lawy.



W przewodniku przeczytaliśmy, że na najbardziej wysuniętym zachodnim cypelku półwyspu można oglądać wieloryby. Oczywiście nie mieliśmy gwarancji, że akurat tam będą, ale postanowiliśmy się do nich wybrać. Przeczytaliśmy, że możemy pójść szlakiem, jednak odradzam opcję dotarcia tam na pieszo - żadnego szlaku przez całą drogę (ponad 6 kilometrów) nie zobaczyliśmy. Musieliśmy więc iść z boku jezdni, co było dość monotonne. Dlatego dla urozmaicenia schodziliśmy co jakiś czas do brzegu.


Nie dotarliśmy do końca cypelku, bo robiły się już dość późno, a tego dnia mieliśmy w planach jeszcze jeden szlak. Ale po drodze udało nam się zobaczyć ładne miejsce - mini zatokę Nesbjarg.


A później długo nie mogliśmy dojechać do celu, bo Niemki, z którymi podróżowaliśmy, zatrzymywały się co 5 kilometrów (do przejechania mieliśmy 45). Jednak dzięki temu zobaczyliśmy dawny krater wulkanu i imponujące formacje skalne, które Islandczycy uważali w przeszłości za świątynie elfów.


 Szlak z Hellnar do Arnarstapi

Po jeszcze kilku innych przystankach, dotarliśmy do Hellnar, skąd wybraliśmy się bardzo łatwym i przyjemnym szlakiem do Arnarstapi. Przed rozpoczęciem wędrówki zjedliśmy przepyszną zupę rybną i domowy chleb z solonym masłem w maleńkiej kawiarni Fjöruhúsið (znajduje się na początku szlaku).


Pole namiotowe w Arnarstapi wygrało w moim prywatnym rankingu na najgorszy kemping w Islandii. Zapłaciliśmy jak na normalnym kempingu, a nie mieliśmy dostępu do żadnego prysznica, nawet z zimną wodą. Do dyspozycji turystów są tylko umywalki w barakach.

Homar w Reykjaviku

Półtora dnia przed odlotem do Polski spędziliśmy w Reykjaviku. Cieszę się, że zostawiliśmy sobie stolicę na koniec, bo w sumie niewiele jest w niej do zobaczenia. Można ją nawet pominąć podczas swojej podróży. Jest zwykłym miastem z przeciętnymi budynkami mieszkalnymi. Podobała mi się w nim tylko starsza część (centrum), murale i sala koncertowa Harpa, której powierzchnia przypomina z daleka łuski ryby.



M. spróbował hot doga w słynnej budce Bajarins Beztu Pylsur (jadł tam Bill Clinton) i nie podzielał zachwytu autorki przewodnika Lonley Planet. O wiele bardziej smakowała nam zupa z homarem i szaszłyki rybne (m.in. z kawałkami flądry) w małym bistro Sea Baron w starym porcie.


wtorek, 15 listopada 2016

Islandia. Południe, wschód i północ

W Parku Narodowym Skaftafell jest spory kemping, przy którym zaczyna się prosty, dobrze oznakowany szklak trekkingowy. Choć w pobliżu znajduje się lodowiec Vatnajökull, wycieczki na niego są bardzo drogie, dlatego zdecydowaliśmy się na spokojną wędrówkę między językami lodowcowymi. Z niewysokich wzgórz było widać rozległe połacie pustego terenu (dzięki temu na Islandii można czuć prawdziwą wolność!), a nieco zbaczając z głównej ścieżki trafiliśmy do tradycyjnych domków z torfu.








Jeziora Fjallsárlón i Jökulsárlón

Ze Skaftafell musieliśmy przejść dwa kilometry do głównej islandzkiej drogi numer jeden. Czekaliśmy dłuższą chwilę, aż w końcu zatrzymał się camper na niemieckich blachach, którym podróżowało przesympatyczne młode małżeństwo. Benjamin był weterynarzem i organistą. Bardzo lubił zabierać autostopowiczów, więc bez przerwy rozmawialiśmy. Słysząc, że chcemy zobaczyć słynne kry na jeziorze Jökulsárlón, zaproponował, że zabierze nas przedtem do innego, pięknego jeziora tego typu - Fjallsárlón. Lodowe formy robiły ogromne wrażenie, szczególnie w słońcu, które pojawiło się na tamtą część dnia. 




Jednak jeszcze bardziej podobało mi się Jökulsárlón. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! W tamtym czasie lodowiec "wypluł" dużo brył o niesamowitych kształtach. Można je było oglądać z łodzi, ponieważ są tam organizowane specjalne wycieczki, ale według mnie wystarczy tylko powędrować brzegiem jeziora. W pobliżu niego znajdują się (a przynajmniej wtedy tak było) najbardziej imponujące kry. 





Autostop na wschodzie Islandii

Tego dnia znowu postanowiliśmy spróbować swoich sił w późnym stopowaniu i koło ósmej wieczorem stanęliśmy przy drodze. Mało rozmowny Amerykanin podwiózł nas w okolice Höfn, skąd zamierzaliśmy przejechać... jeszcze ponad 200 kilometrów. Nie zapowiadało się to dobrze, bo niewiele samochodów skręcało w drogę prowadzącą na wschód. W końcu zatrzymał się dla nas pan koło pięćdziesiątki. Jechał doglądnąć swoich koni, które trzymał na farmie u kogoś innego. Na co dzień prowadził luksusowe wycieczki konne w głąb kraju. Mogło w nich brać udział maksymalnie osiem osób. Koni było w takich przypadkach kilkadziesiąt po to, by transportować duży ekwipunek uczestników. Pan mówił słabo po angielsku, ale udało mi się dowiedzieć, że Björk jest według niego dziwna, a film "Hrútar" (u nas "Barany. Islandzka opowieść") bardzo mu się podobał. Kierowca zdziwił się, że nie jemy koniny, bo w jego opinii jest najlepszym rodzajem mięsa. Jechał tylko nieco ponad 40 kilometrów od miejsca, z którego nas zabrał, ale postanowił nas podwieźć 10 kilometrów dalej, gdzie mieliśmy zobaczyć rzadko spotykane w Islandii zwierzęta. Nie było ich tam, pan odjechał, a my pozostaliśmy pośrodku niczego - ściana skał i ocean. 

Po dwudziestu minutach zaczęłam się rozglądać za miejscem na namiot. Przy oceanie teren był zupełnie nieosłonięty, więc przygotowywałam się psychicznie na to, że bardzo zmarzniemy w nocy. Wtedy obok nas zatrzymała się czarna osobówka, wyszedł z niej wysoki blondyn, na oko w naszym wieku, i powiedział, żebyśmy się pakowali do środka. Okazał się być Islandczykiem, a jego koleżanka Dunką. Jechali do Egilsstaðir, czyli mniej niż 30 kilometrów od naszego celu. Lepiej nie mogliśmy trafić! Obeznany w lokalnych terenach Ben - kierowca - pędził po bitych drogach ponad 100 km/h zarówno pod górkę, jak i z górki. Choć przez to nie miałam okazji się dobrze przyjrzeć widokom za oknem, były piękne. Przejeżdżaliśmy obok wysokiego fiordu, a czasami mieliśmy ściany skał po obu stronach drogi.

 
Do Egilsstaðir dotarliśmy koło 23. Ben proponował, że podrzuci nas na sam kemping, ale uparliśmy się, że chcemy łapać dalej, w końcu tak mało dzieliło nas od celu. Jednak o tej porze większość osób jechała..do swoich domów w tej części miejscowości. Po 20 minutach zrezygnowaliśmy i poszliśmy na pole namiotowe. 

Autostop na północy Islandii

Na drugi dzień nie żałowaliśmy swojej decyzji, bo przywitało nas super słońce. W dodatku było najcieplej w trakcie całego naszego pobytu - 24 stopnie. Zrobiliśmy duże zakupy i stanęliśmy przy drodze. Na północ zabrała nas starsza Islandka, podróżująca do Akureyri (drugiego co do wielkości miasta Islandii). Opowiadała nam, że jak była młoda, pokonywała duże dystanse konno. Ludzie przemieszczali się też między miastami pieszo. To dlatego przy drogach wciąż można zobaczyć różnej wielkości stosy kamieni (is. varða), które służyły do oznaczania szlaków. 
Przed podróżą na północ, warto odwiedzić stację benzynową, ponieważ na odcinku ponad 150 kilometrów nie ma żadnej. Nie znajdziecie tam też sklepów. Jest tylko pusta, piękna przestrzeń. 


Właśnie na takim pustkowiu czekaliśmy na następnego stopa. Chcieliśmy się dostać do wodospadu Detifoss. Prowadzą tam dwie drogi, ale słyszeliśmy, że pierwsza (jadąc od wschodu) jest lepszym wyborem, ponieważ można z niej podejść bliżej wodospadu. Jednak nie każdy samochód może nią jechać - droga składa się głównie z małych kamieni i sporych dziur. Austriak Patrick i Amerykanka Emily podróżowali autem 4x4 i zabrali nas ze sobą. Byli przyjaciółmi, którzy poznali się podczas wymiany w Nowej Zelandii. Wszyscy byliśmy zachwyceni wodospadem. To zdecydowanie mój faworyt na Islandii!




Emily i Patrick podrzucili nas na wcześniejsze odludzie, gdzie wprosiliśmy się do samochodu młodej Islandki, wracającej z wesela. W ten sposób dotarliśmy nad jezioro Myvatn. Choć jego okolica jest znana z krajobrazów rodem z Marsa, odpuściliśmy sobie wędrówki i przeznaczyliśmy wieczór na odpoczynek. Na drugi dzień czekała nas długa droga na zachód. 




sobota, 5 listopada 2016

Autostopem przez południe Islandii cz. II

W Islandii jest pełno pięknych miejsc, ale chyba najbardziej jest nimi wypakowane południe. To tam znajdują się niesamowite kry, lodowiec Vatnajökull czy najpopularniejsza wśród odwiedzających trasa Golden Circle. W tych (i nie tylko) miejscach udało mi się na południu być, dlatego zapraszam Was na kolejną wycieczkę. :)

 Jedna z atrakcji Golden Circle - przepiękny wodospad Gullfoss.

Autostopem do Landmannalaugar

Jak już wspominałam na blogu - kocham góry - dlatego planując z M. naszą podróż po Islandii, wiedzieliśmy, że jakiś ciekawy szlak musi się znaleźć na naszej liście. Wybór padł na Landmannalaugar - rejon w wyżynnej części kraju, do którego prowadzą ubite drogi. Skusiły nas zdjęcia przedstawiające różnobarwne szczyty i wzgórza. Chcieliśmy przez nie wędrować kilka dni tak, by dotrzeć do Þórsmörk, gdzie oficjalnie kończy się ten szlak, a stamtąd dodatkowo pójść do Skógar i zobaczyć wodospad Skógafoss. Wyszło jednak trochę inaczej...
Spod wodospadu Gullfoss - jak zwykle z niepoprawnym optymizmem - o ósmej wieczorem postanowiliśmy łapać stopa, aby jeszcze tego samego dnia dotrzeć do początku szlaku. Nie prowadzą do niego dobre drogi, ale stwierdziliśmy, że może znajdą się osoby, które chcą dotrzeć do Landmannalaugar wieczorem, aby kolejnego dnia rano rozpocząć już wędrówkę.
Zaczęło się świetnie! Duński perkusista (podróżujący z pianistą jazzowym) podwiózł nas główną drogą do pierwszej z mniejszych dróg. Nie skręcało w nią zbyt wiele samochodów, dlatego wydawało mi się, że szansę dla nas są nikłe. Jednak po dwóch minutach zatrzymało się świeżo upieczone amerykańskie małżeństwo. Byli przesympatyczni i bardzo chcieli... dogonić owce. Dlatego co jakiś czas zatrzymywali się na środku drogi, brali aparat i ruszali w pościg. M. raz nawet próbował pomóc Markowi - jeden ruszył za zwierzęciem z jednej strony, drugi z przeciwnej, ale nic z tego nie wyszło. Nowożeńcy zawieźli nas na totalne pustkowie. Mimo to złapaliśmy tam dwóch Islandczyków, z którymi odbyliśmy podróż z niezwykłymi krajobrazami! Przejeżdżaliśmy przez kompletnie wyschniętą rzekę oraz taką, która może niedługo zalać okoliczne tereny, a po prawej stronie cały czas spoglądała na nas Hekla - najwyższy czynny wulkan w kraju. Od Islandczyków wysiedliśmy na parkingu przy hotelu Hrauneyjar i... utknęliśmy.

Pustkowie przy hotelu Hrauneyjar.

Była dziewiąta wieczorem, ale trzymaliśmy się naszej nadziei, że na pewno są osoby, które - tak jak my - chcą być przy szlaku tego dnia, żeby na drugi dzień rano móc już chodzić. Okazało się, że tendencja jest inna - ludzie przyjechali do hotelu, żeby zostać w nim na noc, a do Landmannalaugar wyruszą dopiero z rana. Kiedy sobie to już uświadomiliśmy, byliśmy totalnie zmarznięci (czekaliśmy w końcu przy drodze ponad półtorej godziny). Na zewnątrz robiło się coraz zimniej, a dookoła nas było tylko pole lawy. Dlatego zdecydowaliśmy się na (bardzo drogi) nocleg w ciasnym hotelowym pokoju.

Na drugi dzień rano zaczepiłam na parkingu Belgijkę, która wraz ze swoim mężem wybierała się Suzuki 4x4 (zwykłe osobówki nie poradzą sobie na islandzkich bezdrożach) do Landmannalaugar. Chcieli przedtem zobaczyć jakiś wulkan, dlatego wysadzili nas przy drodze do początku szlaku, ale zabrali nas stamtąd już po 20 minutach.

Droga do Landmannalaugar.







Po dotarciu do takiego miejsca stopem byliśmy pełni energii i bardzo zmotywowani do dalszego działania, do którego niestety nie doszło.. Gdy poszliśmy się zameldować u strażników szlaku (czytaliśmy, że należy to robić ze względów bezpieczeństwa), usłyszeliśmy od jednego z nich, że w nocy będzie burza i - jeśli wybierzemy się do kolejnego obozu - nasz namiot odleci, ze względu na przewidywaną tam prędkość wiatru. Mężczyzna poradził nam zostanie w Landmannalaugar, gdzie podczas intensywnej burzy można się schronić w kilku chatach (w kolejnym punkcie szlaku jest tylko jedna). Trudno nam było podjąć decyzję o zostaniu na dole, ale wygrał rozsądek. Zdjęliśmy plecaki i - aby być podczas burzy blisko innych ludzi - rozbiliśmy się tam, gdzie większość z nich, czyli na kamieniach. 

Kiedy rozbijaliśmy namiot, już zbliżał się deszcz.

W nocy silny wiatr kołysał nasz namiot w lewo i w prawo (później odkryliśmy, że przez to połamał nam się miejscami stelaż). Rano pogoda się nie zmieniła, jedynie nie było słychać grzmotów. Spytaliśmy strażników, kiedy będzie można wyjść na szlak, a oni odpowiedzieli "Ci, którzy się na to dzisiaj zdecydują, są szaleni". Nie mogliśmy przeczekać kolejnego dnia, dlatego - z ciężkimi sercami - postanowiliśmy, że wracamy. Nie było to takie proste, bo część osób dopiero przyjechała, a wyjeżdżający mieli samochody zapakowane po brzegi. Musieliśmy sobie zafundować najdroższą przejażdżkę podczas naszej podróży - autobus z Landmannalaugar do Heli (niecałe 100 km) kosztował nas 250 złotych za osobę.. Z trudem przełknęliśmy tę kwotę, na pewno pomogły nam w tym kolejne przygody.

Ukryty wodospad przy Seljalandsfoss

Dotarliśmy na camping do Hellisholar, gdzie wszystkie nasze przemoczone i wilgotne rzeczy wrzuciliśmy do pralki, a potem kombinowaliśmy co zrobimy na drugi dzień. Wszystko poszło zgodnie z planem. Rano złapaliśmy stopa do pobliskiego Hvolsvöllur, a od wiozącego nas Islandczyka dowiedzieliśmy się, że jego syn zaraz będzie biegł w słynnym górskim maratonie na szlaku Landmannalaugar, gdzie podobno jest właśnie piękna pogoda.. Niestety w podróży zdarzają się takie psikusy, a my nie mieliśmy już czasu na zawracanie.

Naszym kolejnym kierowcą była Islandka o bardzo fajnej filozofii życiowej: "My nikomu nie robimy nic złego, więc dlaczego ktoś miałby zrobić nam? W naszym kraju jest bardzo bezpiecznie, nie widzę problemów, żeby brać kogoś na stopa.". Podwiozła nas pod sam wodospad Seljalandsfoss. Tam mogłam wreszcie spełnić swoje dziecięce marzenie - wejść za taflę wody!!!



Jeśli kiedyś się tam znajdziecie, koniecznie idźcie dalej niż ten wodospad! W okolicy campingu przy skalnej ścianie jest nieco tajemne miejsce. Między skałami jest płytka woda, nie zrażajcie się nią, tylko przejdźcie przez szczelinę, bo... w takiej jakby skalnej kaplicy kryje się piękny wodospad! 


Ukryte kaskady przy Skogafoss

Ale tego dnia moim zachwytom nie było końca, bo niecałe 30 kilometrów dalej zobaczyliśmy potężnego Skogafossa. Niestety od tamtego momentu zaczął mi świrować aparat, ale udało mi się zrobić kilka fajnych zdjęć telefonem. W tym miejscu też warto pobyć trochę dłużej - wejść tuż obok górnej części wodospadu, a potem dalej spacerować pod górę. Zobaczycie dzięki temu jeszcze kilka kaskad.



Czarna plaża w Vík í Mýrdal

Wspominałam już, że stopowaliśmy z M. jak szaleni po kilkanaście godzin dziennie. Dlatego, kiedy sporo turystów kończyło swoje zwiedzanie i jechało już na camping, my dopiero się rozkręcaliśmy. Dotarliśmy do Vík í Mýrdal i rozlokowaliśmy się, razem z naszymi przenośnymi domami, na stacji benzynowej. Nie raz podczas naszej podróży stanowiliśmy nie lada atrakcję, szczególnie w tłocznych miejscach. Tam ludzie, którzy wyskakiwali tylko na chwilę z autobusów, robili wielkie oczy na widok włóczęgów z plecakami wyższymi od nich. Kiedy gotowaliśmy sobie na palniku obiad na stacji w Vik, coraz zatrzymywały się autobusy z wycieczkami. Pewna pani nie mogła się powstrzymać, stanęła na przeciwko mnie z aparatem i zrobiła zdjęcie jak mieszałam konserwę z płatkami gryczanymi..
Choć wioska na południu jest malowniczo położona na wzgórzu i w dolinie, turyści przyjeżdżają do niej tylko po to, żeby zobaczyć czarną plażę. Jest nieco przerażająca i smutna, ale zdecydowanie robi wrażenie.  

 


Dlaczego warto jeździć autostopem

Tyle miejsc widzieliśmy na południu Islandii, że muszę na nie poświęcić jeszcze jeden wpis. Ten chciałabym zakończyć niesamowitą historią, która nam się przydarzyła. Po zejściu z plaży wróciliśmy w okolice stacji benzynowej i zaczęliśmy łapać stopa. Była ósma wieczorem, a my chcieliśmy jeszcze przejechać 140 kilometrów, żeby dotrzeć do Parku Narodowego Skaftafell. Podeszło do nas dwóch chłopaków. Jeden z nich - Francuz - powiedział, że będzie jechał w tamtą stronę na drugi dzień, więc jeśli się nam nie uda wieczorem, chętnie nas podrzuci. Drugi - najprawdopodobniej jego kolega, Amerykanin - był jeszcze bardziej entuzjastyczny. - Widziałem was już kiedyś przy drodze! Podróżujecie tylko autostopem? Naprawdę? Jesteście świetni! Tak trzymajcie! - kibicował nam.
W końcu szczęście się do nas uśmiechnęło. Zatrzymała się przy nas czarna osobówka, z której wyszła ruchliwa brunetka. - Pakujcie się. Albo nie, poczekajcie, muszę tu trochę uprzątnąć - zaczęła. W bagażniku miała treki i walizkę. Pomyślałam, że pewnie niedawno wylądowała na Islandii, wypożyczyła samochód i w ten sposób zamierza przejechać wyspę. Jak się później okazało, Stephanie - bo tak miała na imię - już niemal kończyła swoją podróż. Przyleciała ze Stanów sama i przez większą część pobytu podróżowała na stopa i korzystała z Couchsurfingu. Pewna Islandka 'zaadoptowała' ją na dobę, pozwoliła jej spać w pokoju córki, a później obwiozła po słynnym Golden Circle. Natomiast rybak z Fjordów Zachodnich wziął ją na swój kuter. Po tych przygodach Stephanie postanowiła wynająć samochód na ostatnie dni swojej podróży. Obiecała sobie, że będzie zabierać do niego wszystkich napotkanych autostopowiczów, bo sama przekonała się, jak długo trzeba czasem czekać przy drodze. Od razu złapałyśmy wspólny język.

Była kilkanaście lat ode mnie starsza, ale łączyło nas to, że obie zainteresowałyśmy się Islandią ze względu na Björk. - Musimy koniecznie jej teraz posłuchać! Jej piosenki idealnie pasują do tych krajobrazów! - ekscytowała się Stephanie. I tak faktycznie było. Słuchaliśmy "Jogi", a ja miałam wrażenie, że Björk śpiewa dokładnie o tym, co widzę za szybą.