Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 września 2014

we made it!

Niemal dwa tygodnie temu była rocznica mojej przeprowadzki na pół roku do Holandii. I mimo, że wtedy zdenerwowanie, niepewność następnych dni i podekscytowanie mieszały się ze sobą, to dzisiaj uważam, że ten wyjazd był jedną z najlepszych decyzji w moim życiu.
Ale zanim zacznę (obawiam się, że może nawet niekończącą się) historię o moim holenderskim życiu, pozwólcie, że dokończę jeszcze tę o moim i O. koczowaniu na tamtych terenach w celu znalezienia pracy.

[For English scroll down]

Amsterdam trochę zaskoczył. Przede wszystkim tym, że nie czekał na nas z mnóstwem pracy, bo przecież to stolica Holandii, bardzo międzynarodowa do tego, więc nie powinno być problemów z zatrudnieniem dwóch dziewczyn mówiących po angielsku. A jednak. Ale jak wspomniałam wcześniej , wcale nie zamierzałyśmy się poddać. Mimo, że to był już chyba szósty dzień naszej podróży, morale cały czas były wysokie, a poczucie humoru nawet jak nas opuszczało, wracało w najmniej oczekiwanych momentach. Jeździłyśmy do Utrechtu, później znowu do Amsterdamu i znowu do Utrechtu... W trakcie całego wyjazdu przebyłyśmy tę trasę 5 razy, z czego trzy na stopa. Ten ostatni sposób działa w Holandii idealnie- najkrócej czekałyśmy na podwózkę chyba 2 minuty. A miejsce, w którym zawsze stałyśmy w Utrechcie wyglądało trochę jak przystanek, tylko taki kciukowy.

Nierzadko nasza obecność tam budziła spore emocje, tak jak w ogóle sam fakt stopowania w tym kraju. Początkowo nie wiedziałyśmy, dlaczego ci ludzie zawsze się tak do nas szeroko uśmiechają (nawet jak nie mogą nas zabrać) albo zatrzymują jadąc rowerami, żeby odgadnąć dlaczego właściwie my tam stoimy. Później jeden z kierowców wytłumaczył nam, że autostop nie jest popularnym sposobem na podróżowanie po Holandii, bo... studenci mogą ZA DARMO jeździć pociągami. Dostarczało to nam samych pozytywów- nie miałyśmy zwykle konkurencji na drodze (a kiedy zdarzyła się raz, okazało się, że przebywający na tej samej stacji autostopowicz jest... Polakiem), a ludzie zabierali nas często albo ze zdziwienia, że ktoś jeszcze chce stopować po ich kraju albo z sentymentu, bo kiedyś sami się tak przemieszczali. Pewno dnia zabrała nas też para (świeżo upieczonych absolwentów studiów), która w życiu nie podwoziła jeszcze autostopowiczów. A złożyło się tak świetnie, że i dla nas to był pierwszy raz, bo nigdy wcześniej nie jechałyśmy na stopa... kabrioletem!

Mknięcie po autostradzie, piękne słońce, wiatr we włosach, dla takich chwil warto stopować :)

Ale nasza podróż oprócz tak przyjemnych momentów składała się też z tych trochę cięższych. Jak wspominałam tutaj, znalezienie pokoju w Utrechcie (i jak się dowiedziałam później- ogólnie w Niderlandach) jest niezłym wyzwaniem. Od maja szukałam miejsca, w których mogłabym mieszkać przez pięć jesienno- zimowych miesięcy. Zaczynałam w Polsce, więc ograniczona byłam do zapisywania się do wszystkich możliwych grup, związanych z tych tematem, na Facebooku i stron internetowych. Jednak rejestracja na tych ostatnich zwykle wymaga wpłacenia dość dużej (szczególnie dla osób spoza strefy euro) sumy pieniędzy. Dlatego na bieżąco śledziłam bezpłatne strony, na których zwykle nie pojawia się zbyt wiele ogłoszeń i grupę mailową uniwersytetu w Utrechcie, gdzie było więcej poszukujących niż oferujących.. Jednak udało mi się, będąc jeszcze we Wrocławiu, umówić z jedną właścicielką, a później jeszcze z pewnymi studentami. I tu kolejne rozczarowania: mimo, że dom tej pierwszej osoby znajdował się w fajnej lokalizacji (relatywnie niedaleko od centrum, dużo zieleni), pokój okazał się klitką przypominającą więzienną celę, w której był tylko materac i biurko, a raczej wąska deska przykręcona do ściany i barowe krzesło tuż przed nią. Właścicielka doskonale pasowała do całej konwencji, bo swoim wyglądem i zachowaniem przypominała więzienną strażniczkę. Uprzejmie podziękowałam jej za pokazanie domu, a w duchu obiecałam sobie, że nigdy więcej tam nie wrócę.
Studenci mieszkali w jeszcze bardziej urokliwym miejscu (w pobliżu park), jeszcze bliżej centrum. Do wnętrza ich mieszkania prowadziły zadziwiająco wąskie schody. Samo mieszkanie był nieco brudne ale wdzięczne. Dziewczyna, która szukała lokatorki do swojego pokoju, była chyba Chinką, wyjeżdżającą właśnie na Erasmusa do Włoch. Jej pokój bardzo mi się spodobał (duży, jasny, bo okno na więcej niż pół długości ściany), ona sama już zdecydowanie mniej. Bacznie mnie obserwowała, tak samo jak jej współlokatorka- Holenderka. Trykałam energią, jak to dość często mi się zdarza, a one patrzyły na mnie jak na wariatkę. Nic więc dziwnego, że gdy napisałam dziesięć minut po wyjściu z tego domu, że zdecydowałam się na mieszkanie w nim, dostałam odpowiedź: przepraszam, ale znalazłyśmy już kogoś innego. Szybcy, nie ma co.
Tego samego dnia nasze zapasy jedzenia ani budżet nie były imponujące, dlatego nasz lunch był skromny, ale za to na Oudegracht, przy głównym kanale Utrechtu. Tylko ten fakt nas cieszył, bo później dołowała rzeczywistość- dźwiganie 20-kilogramowych plecaków przy niezłym upale. Jednak kiedy tak z nimi szłyśmy narzekając na głód, zmęczenie, problemy ze znalezieniem mieszkania (ja), nagle równolegle do nas zaczął iść pewien radosny mężczyzna, który mówił coś po holendersku. Widząc zakłopotanie na naszych twarzach przeszedł na angielski.
- Wszystko poszło nie tak? Macie dość? Myślicie, że wszystko już stracone?- mówił- Nie martwcie się! Jutro będzie lepiej! Idźcie dalej swoją drogą!
Anioł z Utrechtu. Tak go nazwałyśmy, a jego słowa mimo, że nie dały nam nowej energii to na pewno podniosły na duchu i spowodowały jeszcze większą sympatię do Holendrów.
A energia wróciła na couchsurfingu. Tamtego popołudnia przyszłyśmy do mieszkania J.- na samym Oudegrachcie (najsłynniejsza ulica Utrechtu). J. była przesympatyczną Francuzką, pracującą od pewnego czasu jako naukowiec na jednej z utrechckich uczelni. Przywitała nas szerokim uśmiechem i niesamowitą gościnnością. A główny kanał był ponownie bohaterem dnia, bo tym razem.. zjadłyśmy nad nim wspólnie przygotowany obiad!

Tymczasem nasze powroty do Amsterdamu, mimo że nie przynosiły nam żadnych ofert pracy, dostarczały dużo wrażeń. Z kulinarnych numerem jeden zostały ciasteczka migdałowe z Alberta Heijna (najpopularniejszy supermarket w Holandii).

Turystycznych było także sporo, mimo że poruszałyśmy się bez przewodnika, a naszą trasę można by nazwać 'szlakiem barów, restauracji i hoteli'. Niestety nie spędzałyśmy w nich więcej niż 5 minut, ale na szczęście ich otoczenie było zwykle piękne.
Wyłapywałam też artystyczne. Włóczyłam się po galeriach w Spiegelkwartier,a gdy miałyśmy niewiele czasu, szybko cykłam zdjęcia, czemuś, co mnie zainteresowało na ulicy.
Ten pomysł skojarzył mi się z maskami, które widziałam kilka lat wcześniej na Montmartrze.
Ale pozytywnych wrażeń dostarczali przede wszystkim ludzie, których spotykałyśmy na swojej drodze, dzięki couchsurfingowi. Tak poznałyśmy K., J. i A. Do domu pierwszego z nich z braku funduszy zdecydowałyśmy się iść na pieszo. Na mapie dystans do celu z centrum wydawał się krótki. Ostatecznie szłyśmy prawie godzinę, gadając o życiu i robiąc sobie przerwy co 100 metrów, bo tego dnia jeszcze bardziej niż zwykle ciążyły nam plecaki. Ale nagrodą za ich dzielne targanie był spokój, jaki panował w mieszkaniu K. Zaraz po przyjściu, zaprosił nas na balkon, gdzie siedzieliśmy przy delikatnych promieniach popołudniowego słońca, a on bacznie słuchał naszej historii. Mówił niewiele, ale gdy już umiejętnie pociągnęło się go za język opowiadał o swojej ukochanej pracy w szkole (był nauczycielem wuefu), sporcie (właśnie kupił sobie kolarzówkę), winach (miał osobną lodówkę na nie w kuchni), kawie (na drugi dzień zrobił dla mnie latte z olbrzymią pianką!) i podróżach do Maroka (to stamtąd przywoził piękne dekoracje do swojego mieszkania, przyprawy i odmianę kus kusu, o której nigdy wcześniej nie słyszałyśmy). Później, kiedy zabierałyśmy się do gotowania naszego tradycyjnego, popołudniowego posiłku (kus kus z fasolą i kukurydzą z puszki) zaoferował nam swoje warzywa i świeży, olbrzymi chleb. Sam nocleg też był miłym gestem z jego strony- tej nocy miały u niego spać już dwie Amerykanki, a mimo to zaprosił jeszcze nas. Spanie w kuchni obok kolarzówki i lodówki z winami było ciekawym doświadczeniem.
Dzień później poznałyśmy J.- wysokiego blondyna, z wyglądu przypominającego trochę Możdżera (którego zresztą lubił słuchać). Mieszkał w miejscu, do którego na pewno nie trafiłybyśmy jako turystyki. Dawniej zatrzymywały się tam statyki, teraz wzdłuż kanału stoją domy, a z pobliskiego mostu do wody skaczą dzieci.
Z okna domu, w którym mieszkał J. było widać ten kanał, dlatego gapiłyśmy się na niego z przyjemnością jedząc na drugi dzień chleb z za słodkim dżemem na śniadanie. A jeszcze leżąc w łóżku wsłuchiwałyśmy się utwory, które J. grał na pianinie przed wyjściem do pracy. Nie był artystą, ale bardzo lubił grać (w tym także Chopina), więc pobierał nawet lekcje u jakiejś Rosjanki. Uwielbiał też czytać, w tym sporo o Polsce lub polskich autorów. Zdziwiło nas, jak dużo wiedział o naszej historii, a także to, że na studiach należał do klubu miłośników Gombrowicza, dzięki któremu miał okazję spotkać nawet jego żonę.
Innego poranka, kiedy zbudziłam się już bez pomocy pianina podjęłam spontaniczną decyzję za nas dwie: jedziemy do Hagi. To był już ten etap naszej podróży, kiedy zaakceptowałyśmy rzeczywistość- nie ma dla nas pracy- i postanowiłyśmy cieszyć się życiem. Pierwsza reakcja zaspanej O. na mój pomysł nie była zbyt radosna, ale niewiele później przyznała mi, że to była najlepsza decyzja naszej podróży. Dlaczego? To dzięki A. Gdy przeczytałyśmy, że w jego domu będzie tamtej nocy spało jeszcze kilka innych osób (a zaznaczył, że poprzedniej spało kilkanaście) nie wiedziałyśmy, czy aby na pewno wszystko będzie w porządku. Jednak ojcowskie powitanie A. już od samego progu pozbawiło nas wątpliwości. Był koło sześćdziesiątki lub może nawet już po, a czułyśmy się z nim, jak z rówieśnikiem. Kipiał energią, wszędzie go było pełno. Tłumaczył nam, jak obsługiwać jego kuchenkę, za chwilę odbierał jakiś telefon po angielsku, żegnał się z dziećmi po holendersku, otwierał komuś drzwi. I zaproponował nam plan na cały dzień: możemy wziąć jego rowery, żeby pojechać na plażę, później pojedziemy wszyscy razem (z Finką, Finem i Brazylijką) na domowy koncert couchsurfingowy do Delft. Z niczego nie zrezygnowałyśmy!
Jeśli takie pojęcie w ogóle istnieje, A. jest najprawdziwszym couchsurferem. W swoim pięknym domu, często zdarzało mu się gościć więcej niż dwadzieścia osób, organizować domowe koncerty dla muzyków z różnych stron świata, czy podróżować z couchsurferami. Jest niesamowitym gospodarzem- zgadza się przyjąć tych, którzy go o to proszą i zaprasza tych, którzy nie mają się gdzie podziać. A gdy wszyscy usiądą przy jednym stole wsłuchuje się w ich historie, chłonąc każde słowo, nie oceniając, nie chwaląc się swoimi 'osiągnięciami podróżniczymi'.
Być może będzie to najdłuższy post w moim życiu, ale muszę jeszcze wspomnieć o innym magicznym momencie. Włócząc się po centrum Hagi z O., przypadkiem trafiłyśmy na występ wieloosobowego zespołu w parku. Okazało się, że międzynarodowa ekipa grała w ramach jakieś festiwalu muzycznego, dzięki czemu mogłam później znaleźć ich w internecie. Tak dotarłam do Jona Tarify- Albańczyka, który większość życia spędził w Stanach, a teraz mieszka i tworzy w Holandii. Słowa jego piosenki "We can make it" do dzisiaj motywują mnie do działania.
A nasze podróżowanie po Holandii dobiegło końca po dwóch tygodniach. Kończyły nam się pieniądze, a menadżer jednego z barów w Utrechcie, który obiecał nam pracę, nie odezwał się w umówionym terminie ani nigdy później.
Nie znalazłyśmy pracy, ale poznałyśmy wyjątkowych ludzi i miejsca. I to dla mnie wystarcza, żeby myśleć o tym wyjeździe, jako o jednej z najlepszych podróży mojego życia.


//

Almost two weeks ago it was an anniversary of my move to The Netherlands for a half of a year. Although different feelings like stress, insecurity and excitement were mixing inside of me, I am completely sure that going there was one of the best decisions in my life.
But before I will start (I am afraid that even never-ending) story of my Dutch life, let me finish the one about O. and mine hitch-hiking in Netherlands in order to find a job.
Amsterdam surprised us a bit. First of all, the city didn’t wait for us with a lot of job offers. We didn’t expect that from the capital city. In addition: very international so it shouldn’t be a problem to find some job for two girls who can speak English. Apparently it was. But as I have mentioned before, we weren’t about to give up. Although it was probably the sixth day of our journey, we were still in good moods. And even if we were losing them, they were coming back to us in the most unexpected moments.
We were coming back to Utrecht, then to Amsterdam and again to Utrecht… We traveled that way 5 times during our whole journey (3 of them were by hitch-hiking). The last mentioned method of traveling works just perfectly in Netherlands- the shortest time we had waited was 2 minutes! And the place in which we always tried to catch some car in Utrecht looked a bit like a special stop for hitchhikers.
People were usually surprised by our presence in there. In general, they were surprised seeing some people hitch-hiking in their country. At the beginning we didn’t know what was going on- why they were smiling so widely (even though they couldn’t give us a lift) or why they were stopping on their bicycles just to figure out why are we waiting with the thumbs up in some place. Later during our journey one of our drivers explained us that hitch-hiking is not popular way of traveling in Netherlands because… Dutch students can travel by train FOR FREE.
But it was good for us- we didn’t have to compete with any other people in catching cars (and even when we had to do that once- the person wasn’t from Netherlands but… from Poland), people were taking us because they used to hitch-hike when they were young. One day a couple (who freshly graduated) who had never taken any hitchhikers gave us a lift to Amsterdam. That was also a first time for us because we had never caught… a cabriolet before!
And then? Traveling fast on the motorway, beautiful sun, the wind in our hair. It is worth hitch-hiking for the moment like that:)
But apart of the nice moments during our journey we had also a bit harder ones. As I mentioned here finding a room in Utrecht (and as I got to know- in whole Netherlands) is a big challenge. I had been looking for a place to life since May. I started in Poland where I could only join all groups connected with renting flats or rooms and pages with some offers. But the registration on the last ones was usually paid (and that was a lot, especially for people who don’t have euro). That was why I was following some free pages. But there weren’t many announcements. I was also following the university gmail group where I could see more messages from people looking for a room than from the owners wanting to rent one. However, when I was still in Wroclaw I set up two meetings: with one owner and with some students renting a house. Although the first person’s house was located not far away from the city centre, the room she offered to me reminded of a cage in prison. There were only: a mattress, a desk (very narrow one, screwed to the wall) and a chair. The owner (lady) looked as prison guard. I thanked her for showing me the house and I promised to myself that I won’t come there anymore.
The house of the students was located in nicer area (next to a park) and closer to the city centre. To enter the actual part of their house it was necessary to use very narrow stairs. The house was a little bit dirty but still charming. A girl looking for a person who would rent her room was probably Chinese and she was going for Erasmus to Italy. I liked her room from the very beginning (it was big and bright because there was a window which took the space bigger than half of the wall) but I rather didn’t like her. She was watching me carefully and the same did her housemate- a Dutch girl. I was full of energy, as it usually happens to me and they were looking at me as at the mad person. Ten minutes after leaving the house I wrote them a message that I would like to rent the room. Chinese girl texted me back that they found someone else. Incredibly fast..
The same day we didn’t have much to eat and much money to spend. Therefore our lunch was rather modest but the good point was that we ate it by the main canal of Utrecht- Oudegracht. We were happy only about that fact because the rest wasn’t that positive. The reality was a bit hard- we had to carry our backpacks (they had around 20 kilograms) when there was very hot outside. When we were finally walking and complaining for the hunger, exhaustion and the problems with finding a room (me) some man started to walk next to us. He was also telling us something in Dutch. But he switched into English after noticing our confusion.
-Everything got wrong? Do you think that everything is lost now? Don’t worry! Tomorrow everything will be better! Keep going your way!
An angel from Utrecht. We called him like that and his words were uplifting for us and caused our better attitude toward Dutch people.
That afternoon we came to the flat of J. which was located on Oudegracht- the most popular street of Utrecht. J. was a nice French woman working at one of the universities of Utrecht. We welcomed us with a wide smile and incredible hospitality. And we landed again next to the main canal- that time to eat the dinner which we prepared together with J.
Although comings to Amsterdam didn’t bring us any job offer, they were giving us many positive attractions. For example the culinary ones. Our favourites in that category were the almond cookies from Albert Heijn (the most popular supermarket in Netherlands) .
And even though we didn’t use a guidebook, we saw many tourist attractions. And our typical tour can be called as: the tour of bars, restaurants and the hotels. Although we couldn’t spend in those places more than 5 minutes, the area in which they were located was usually beautiful.
We had also some artistic attractions. Once I was walking from one gallery to another in Spiegelkwartier and talking fast picutres of some intereting pieces of street art when we didn’t have much time.
But the source of the positive impressions was most of all couchsurfing. That was how we met K., J. and A. We decided to walk to the house of the first of them. On the map the distance between the city centre and the street we had to go seemed to be shorter that it turned out to be in reality. We had walked there for around an hour talking about life and doing the breaks after each 100 meters. But the prize(calm and peaceful flat of K.) for that effort was worth it. Just after coming to his flat, K. invited us to sit on the balcony. We were talking about the adventures from our journey and he was only listening to us carefully. He didn’t talk much but when I forced him a bit to talk he started telling us about his beloved job in school (he was P.E. teacher), sport (he just bought a racing bike), wines (he had a separated fridge for them in the kitchen), coffee (he made a latte with an extra big foam for me the next day!) and his travels to Morocco. And when we were about to cook our traditional dinner (couscous with beans and corn from the can), he offered us his vegetables and a fresh, huge bread. Even offering us a stay at his house was a nice gesture because that night two American girls were supposed to sleep in his flat as well. We slept on the kitchen floor, next to the racing bike and the fridge full of the bottles of wine.
The day after we got to know J. His house was located in a place which we wouldn’t find if we would be the typical tourists. In the past some ships and boated were stopping at that places. Nowadays there are only houses around that big canal. We could see that canal from the window in house of J. We were watching it while eating our breakfast on the next morning. And when we were still in bed we were listetning to J. playing the piano just before leaving to work. He wasn’t a professional musician but he liked to play (also the pieces by Polish composer- Fryderyk Chopin). He liked to read as well and he knew also the books of Polish authors. We were surprised how much he knew about the history of our country.
When I woke up another morning I decided spontaneously to go to the Hague. That was during that part of our journey when we accepted the reality- there was no job for us- and decided to enjoy the life. The first reaction of sleepy O. for my idea wasn’t very positive but later she said that was the best decision of our travel.
Why? That was because of A. When we read in couchsurfing message which he sent to us that there will sleep some more people in his house, we didn’t know if we should stay at his place. But when A. welcomed us just like a father we didn’t have any doubts about him. He was around sixty years old but we felt like he was at our age. He was full of energy and always in motion. He was explaining us how to use his stove, than he went to open the doors for someone, then he said good bye to his children and so on. And he offered us a plan for a whole day: we could take his bicycles and go to the beach and then come back and go together with Finnish couple and Brazilian girl for a house concert on couchsurfing in Delft. We were up for all those ideas!
A. is a real couchsurfer (if such notion even exists). In his beautiful house he hosted more than twenty people (not only once), organised house concerts with musicians from different parts of the world and also travelled with some couchsufers.
Maybe that will be the longest post in my life, but I have to mention about one more magic moments. When we were hanging around with O. in the Hague, we spontaneously joined to the concert of some band in the park. It turned out that this international group played because of some music festival. Thanks to that information I could find them later at the Internet. That was how I found Jon Tarifa- Albanian who spent most of his life in US but now he lives and work in Netherlands. The lyrics of his song “We can make it” still motivates me to live.
And our travel ended after two weeks. We were nearly run out of money and the manager of one bar in Utrecht (who promised us some job) didn’t contact us the day he promised (and anymore).
We didn’t find job, but we met awesome people and saw great places. And that is enough for me to call that travel one of the best during my life.


środa, 27 sierpnia 2014

no money in my hands or my coat or my pocket

[For English scroll down]

Na holenderskiej stacji pod sama nie wiem gdzie opuścił mnie optymizm po wyczerpującej jeździe z dziwnym niemieckim kierowcą z Kosowa. Na szczęście, jak to bywało zwykle w czasie naszej podróży, O. miała sporo energii w zapasie, więc szybko podbiegła do (bardzo wysokiego) kierowcy, który obładowany hamburgerami właśnie wsiadał do swojego samochodu. Po kilku sekundach już pakowałyśmy się do rodzinnego auta. Z tamtej jazdy pamiętam niewiele. Może ze zmęczenia, może z podekscytowania, że jesteśmy już w Holandii, a może po prostu dlatego, że minął już rok od tego momentu. Jestem za to pewna, że kierowca miał do połowy naszej wspólnej drogi buzię zapchaną hamburgerem. Dlatego wtedy produkowałyśmy się my (a raczej O., która ulokowała się na przednim siedzeniu i która miała więcej energii). A gdy już przełknął wszystko zaczął on, opowiadając o swojej dziewczynie, z którą często podróżuje i pozytywnych wrażeniach z Gdańska. Wiem jeszcze, że te nasze rozmowy nie były o niczym ważnym, a mimo wszystko bardzo nas podbudowały i już do końca wyjazdu w kryzysowych sytuacjach mówiłyśmy sobie, że ktoś mógłby nas wybawić tak, jak wtedy ten Holender.

Wybawienie nie nadchodziło na przykład w miejscu, gdzie wysadził nas wspomniany pan. Duża stacja, dużo zatrzymujących się aut, dużo uśmiechów płynących w naszą stronę. Jednak razem z nimi słyszałyśmy: "przepraszam, nie jadę w tamtą stronę, ale powodzenia, trzymajcie się!" I nie wiedziałyśmy, o co chodzi. Z jednej strony: dlaczego ci ludzie są dla nas tacy mili? Z drugiej: dlaczego NIKT nie jedzie do Utrechtu? Wreszcie ktoś nam pomógł rozwiązać tę zagadkę: jesteśmy po właściwej stronie, droga, obok której jest nasza stacja prowadzi do Utrechtu, ale... jest teraz w remoncie i jeśli ktoś chce jechać do Utrechtu, musi zawrócić (jednak jak widać, wybiera inną opcję).

Czas mijał. Ludzie przyjeżdżali na stację, uśmiechali się, miło przepraszali i jechali w swoją stronę. Zostało już chyba dwadzieścia minut do północy. Napisałyśmy do chłopaków z couchsurfingu, u których miałyśmy się zatrzymać na trzy noce (nasz jedyny zaplanowany nocleg w Holandii), żeby na nas już nie czekali, że prześpimy się gdzieś zwinięte na stacji i przyjedziemy na drugi dzień. Odpisali: spytajcie się o adres tej stacji, przyjedziemy po Was. Siedziałyśmy na kartonie, oparte o plecaki, tym razem obie bez energii, podtrzymując się na duchu suchymi ale śmiesznymi żartami. Nagle na stacje wjechało dość rozpędzone auto ciemnego koloru. Muzyka na full, otwarte szyby, przez które dobiegały wybuchy śmiechu.
- To oni!- cieszyłam się do O. z wygrzebanymi resztkami optymizmu.
- Chyba żartujesz- odpowiedziała trochę przerażona.
Ale miałam rację, bo nagle wszystko zaczęło się dziać tak szybko. Z samochodu wyskoczyło wręcz trzech wysokich mężczyzn, podbiegli do nas, zaczęli nas ściskać, pakować nasze plecaki do bagażnika, a na koniec otworzyli nam drzwi do samochodu i dali po piwie do ręki. Jasny Hertog Jan smakował bardzo dobrze i stał się od tamtej pory jednym z moich ulubionych holenderskich piw. A podróż z chłopakami minęła szybko i śmiesznie, choć już nie wiem dlaczego nam tak było wesoło.
Na drugi dzień jadłyśmy śniadanie w bardzo ładnym mieszkaniu chłopaków z widokiem na północ Utrechtu. Kanapki z paprykarzem warzywnym i pasztetem sojowym miały nam dać energię na pół dnia szukania pracy w nowym mieście.

Robiłyśmy to, co stało się później już naszym codziennym rytuałem- pisałyśmy na kartach przypadkowe adresy i stawiałyśmy kropki lokalizujące je na mapie.

Później na gapę dojechałyśmy do (jak się okazało) dworca i nie mając pojęcia dokąd iść, dotarłyśmy do centrum. Pierwszy zachwyt: ile tu jest rowerów! Pierwsze zdziwienie: dlaczego niektóre z nich stoją luzem? Tak przypięte tylko same do siebie?

Im bliżej serca centrum, tym więcej zachwytów: mnóstwo rowerów z tymi świetnymi, typowymi holenderskimi kierownicami, kolorowe przejście dla pieszych, ludzie, którzy chętnie wskazują nam drogę. I pierwsza zasada ważna do przeżycia w Holandii: rower ma zawsze pierwszeństwo. Jak się nie zatrzymasz przed drogą rowerową, rowerzysta i tak przejedzie ochoczo przy tym dzwoniąc. Dotarłyśmy do głównego kanału, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Oczywiście rowerami, poprzypinanymi gęsto do barierek tuż nad nim. Poza tym, jak lepiej odkryłam w późniejszych dniach, długością i wszystkimi kanajpkami, galeriami i pracowniami, które mieściły się tuż przy nim.
Po omacku znalazłyśmy informację turystyczną. Krótka rozmowa z przyjazną panią, poręczne mapy centrum i zaczęłyśmy szukać koniecznych miejsc: sklepu, w którym możemy kupić holenderską kartę i biblioteki, żeby wydrukować nasze CV. Na te ostatnie wydałyśmy majątek (przynajmniej jak na budżet naszej wyprawy), a w pozostały dniach nawet jeszcze więcej. Wchodziłyśmy do barów i restauracji, ale tam miło odpowiadano nam, że jeśli nie znamy niderlandzkiego, to nie da rady z samym angielskim. Tylko w dwóch czy trzech miejscach udało się nam zostawić CV, w tym w (i tutaj kolejne zdziwienie, pozytywne!) Cafe Olivier- publie mieszczącym się w dawnym kościele.

Wieczór w parku Transwijk. Nasi gospodarze zaproponowali nam tam grilla (pomarańczowe wiaderko z węglem w środku), na którego przygotowali dużo dobrego mięska i ciekawe sałatki (m.in. z podsmażanymi orzechami i kawałkami fig). Przy dającym jeszcze ciepło, zachodzącym słońcu, Janie Hertogu i białym winie, gadaliśmy o podróżach, różnicach kulturowych, aktualnych problemach Holandii i związkach ludzi tej samej płci.

Na drugi dzień powtórka z rozrywki: drukowanie CV w bibliotece i zostawianie ich później w restauracjach, tym razem nad kanałem. Przy okazji ekspresowe poznawanie miasta, czyli jeszcze więcej rowerów, rzeźba 'psychodelicznego królika', a do tego wąskie, czyściutkie uliczki pełne kwiatów.
A po południu wyżywałyśmy się kulinarnie gotując coś na kształt lecza z ryżem i kotlecikami z cukinii dla naszych gospodarzy. Kolejnego dnia Amsterdam. Pierwszy i ostatni raz pojechałyśmy tam pociągiem. Dwa duże zdziwienia: zajęło to tylko 27 minut, a wnętrze pociągu było podobne trochę do tego w samolotach.

Stolica Holandii przywitała nas tłumem ludzi, nerwowo dzwoniącymi rowerzystami, największym parkingiem rowerowym (o którym wcześniej tylko słyszałam z opowieści) i podbudowującym napisem: 'Jesus loves you'.

Pierwszy zachwyt: ile tu jest hoteli (hotele = zostawianie CV = szansa na dostanie pracy). Zachłysnęłyśmy się wręcz tym wnioskiem i niemal w biegu pojawiałyśmy się w coraz to nowych miejscach. Szczęście rosło, bo nie tylko brali nasze CV (w Utrechcie to nie było takie oczywiste), ale nawet czasami szukali kogoś do pracy. W dodatku zadzwoniła do nas pewna pani, znaleziona ciągiem kontaktów przez couchsurfing i zaprosiła na rozmowę w sprawie pracy w piekarni. Podniesione na duchu do granic możliwości chodziłyśmy ulicami Amsterdamu. Zadziwiał ilością miejsc, turystów i mnogością oraz szerokością kanałów.

Pod wieczór poznałyśmy Ch.- Argentyńczyka, naszego nowego gospodarza z couchsurfingu. Mieszkał tak bardzo w centrum, że turyści zaglądali do jego mieszkania położonego na parterze (dlatego też pewien mężczyzna w momencie naszego przyjścia zaklejał mu szyby do połowy mlecznymi taśmami). Przywitał nas w białej koszuli i spodniach od garnituru, bo jak się później okazało, był specjalistą IT w jakiejś znaczącej holenderskiej firmie, która znalazła go na Linkedin i zapłaciła mu sporą sumę za sam przyjazd do Holandii w celu podpisania umowy o pracę. Miało to miejsce chyba niedługo przed naszym przyjazdem, bo byłyśmy pierwszymi osobami, które Ch. gościł w swoim, niedawno wynajętym mieszkaniu. Świadczyły o tym nierozpakowane garnki, których byłyśmy pierwszymi użytkowniczkami i ofoliowane jeszcze nogi sof z Ikei.
Ch., jako nowy w mieście nie był jeszcze z nim obeznany, więc zaprosił nas na spacer do pobliskiej Dzielnicy Czerwonych Latarni. To pewnie zabrzmiało dziwnie i tak samo zabrzmiało dla nas, więc zaraz po tej propozycji wybuchnęłyśmy śmiechem. Ale przeszliśmy się przez 'słynne' miejsce, zmieniając następnie lokalizację na China Town. Mimo sporej ilości przytulnych chińskich knajpek, sklepów z tradycyjnymi przedmiotami, a nawet świątyni, zdecydowanie wolę to londyńskie

W Amsterdamie jeszcze pyszne bułki na drugi dzień, zdobyte niedługo po przyjeździe korzystając z zasad freeganizmu (to był niskobudżetowy wyjazd), które w naszej praktyce polegały na odwiedzaniu pewnej piekarni tuż przed zamknięciem i pytaniu o niesprzedane bułki lub chleby.
A później tradycyjny spacer w poszukiwaniu pracy i wizyta w piekarni- tej, w której chciano nas zatrudnić. Znajdowała się na końcu miasta, do którego nigdy później już nie dotarłyśmy. Mimo, że był już koniec wypieków na tamten dzień, pachniało dość ładnie, a właścicielka była przyjazną blondynką, której dobrze patrzyło z oczu. Niestety nie zdecydowałyśmy się na pracę u niej, bo dla jednej z nas byłaby zbyt ciężka, a dla dwóch za krótka, a co za tym idzie nie dająca zbyt wiele zysku.
Trochę nas to podłamało, ale wcale nie zamierzałyśmy się poddać!


//

At the Dutch gas station in I don’t know even where I wasn’t optimistic after the exhausting travel with a strange German driver from Kosovo. Fortunately, as it usually was during our journey, O. had a lot of energy so she run quickly to (very tall) driver who was just getting to his car with the hands full of hamburgers. After a few seconds we were also getting into that car. I don’t remember much from that travel. Maybe because of the exhaustion, maybe because of the excitement from the fact that we were already in The Netherlands or maybe just because one year passed from that moment. But I am sure that our driver had the mouth full of hamburger till the half of the journey. That was why we (or rather O. who was sitting at the front seat and who had more energy) were constantly talking. And when he finally swallowed the food he started to talked about his girlfriend with who he liked to travel and also about the positive impressions from the Polish city- Gdańsk. I know also that our conversations weren’t about anything which would be important but they builded us up anyway. What is more, we kept saying later during our journey: someone could help us as the Dutch man from that gas station did when we were in a hard situation.
Someone to help us was needed on the next station where we got off from that nice man car. It was a big station, with many cars calling at and many people smiling to us. But each time we were asking for giving us a lift we heard: “I am sorry I don’t go in this direction. But good luck anyway! And take care!” And we didn’t know what was going on. Why all those people were so nice to us? And why no one was going to Utrecht? Finally someone helped us to find an answer for the last question. We were on the right side of the road, the road leaded to Utrecht, but… there were also some roadworks and if somebody wanted to go to Utrecht he would have to turn back (as we noticed no one wanted to do that).
Time was passing. People were coming to the station, smiling to us, apologizing and going in their directions. It was maybe twenty minutes to midnight when we contacted with the men from couchsurfing in whose flat we were going to stay for the first three nights. We wrote them not to wait for us and that we would sleep somewhere in the corner of the gas station. They answered: ask for the address of your station, we will come to fetch you.
We were sitting at the cartoon and that time we both had a lack of energy. We were standing by each other using some pretty simple but very funny jokes. Suddenly some car came fast to the station. People sitting in it were playing very loud music and laughing all the time.
- Here they are!- I said to O. happily.
- You are kidding me..- she answered.
But I was right and everything started to happen so quickly. Three tall man got off the car and run in our direction. They started to hug us and take our backpacks to the trunk. And then they opened the door for us and gave us some beers. The light Hertog Jan tasted very delicious and became one of my favourite Dutch beers. And the journey to Utrecht passed quickly and funnily. And I even don’t know why we were laughing.
On the second day we ate the breakfast in a quite nice flat of the boys. We had a view for the northern part of Utrecht. Then we were doing something what became our practice- we were writing down some random addresses of the restaurants and the hotels and putting the points on the map to localize them on the map.
After that we went to (as we realised later) the railway station. Even though we had no clue where to go, we found the city centre. First delight: there is so many bicycles! First surprise: why some of these bikes aren’t lock to anything? The closer city centre we were the more delights we had: there were so many bicycles with these great, typically Dutch handlebars, there was a colourful pedestrian crossing, there were also nice people always willing to show us the way. And also we got the first important rule to survive in the Netherlands: a bicycle has always priority. If you don’t stop before the bike path, the cyclist will go anyway. And he will ring the bell as intensively as he only can.
We got to the main canal which made a huge impression on me. Obviously because of the bicycles lock densely to the barrier just above it. But also because of its length and all those small restaurants, galleries and studios located on both sides of it. Finally we managed to find the tourist information. We talked to the lady in there, took some handy maps of the centre and started to look for the necessary places: a shop to buy the Dutch SIM card and a library to print our CV. We spent a lot of money on printing (relating to the money we had in general for this journey) and even more than this in upcoming days. Then we were entering the bars and restaurants but the people were answering that if we don’t know any Dutch there is no job for us. We could leave or CV only in two or three places. Among them were Café Olivier- a pub situated in the former church. We spent the evening in the Transwijk park. Our hosted offered that they can do a barbecue (it was actually an orange bucket with some charcoal). They prepared for it a lot of a good meat and some tasty salads (which among others product consisted of fried nuts and dried figs). The sun was going down, we were drinking Hertog Jan and some white wine and talking about traveling, cultural differences and current problems of the Netherlands.

On the next day the story was the same as the day before: we were printing our CV in the library and then leaving them in the restaurants, that time in those ones just by the canal. By the way we were quickly exploring the city. Thanks to that we saw more bicycles, the sculpture of a ‘psychedelic rabbit’ and tiny, little streets full of flowers. At the afternoon we were cooking passionately some dish we knew from our country for our hosts.
The next day we went to Amsterdam. For the first and the last time we did it by train. And two big surprises: it took us only 27 minutes and the inside of the trains reminded us the one which is in a plane. The capital city of the Netherlands welcomed us with a crowd of people and just a little bit less of cyclists who were ringing their bells as mad. Among the first things we saw were also the biggest bicycle parking I had ever seen and an uplifting slogan: ‘Jesus loves you’. The first delight: there is plenty of hotels! (hotels= possibilities to leave our CVs= chances to get a job). We were so happy that we were almost running from one place to another. Our level of happiness was growing because people from the hotels were not only taking or CVs but sometimes even looking for a new workers. In addition some lady (who I found accidentally through different people on couchsurfing) invited us for an interview to her bakery. We felt even more uplifted and had a great pleasure to walk through the streets of Amsterdam in this mood. The city surprised us by the amount of its places, tourists and canals.
On the evening we got to know Ch.- Argentinian who was supposed to be our new host on couchsurfing. He was living in the middle of the city centre. It was so close to the popular tourist track that people were even looking into his flat (which was located at the ground floor). When we saw Ch. he was wearing a white shirt and the trousers from a suit. And as we got to know later he was some IT specialist in some important Dutch company. They found him on Linedin and paid a lot of money just for coming to The Netherlands to sign up a contract. It wasn’t a long time before we came because we were the first couchsurfers in his new, just rented flated. We noticed that also after looking at his not unwrapped pots, forks and knifes.
Ch. was new in the city so he didn’t know where to take us. That was why we invited us for a walk to the Red Light District. I know that someone can find this offer strange and it sounded strange also for us so we were just laughing a lot but we agreed. We walked through this ‘famous’ place and quickly change our location for China Town. Even though it was full of Chinese small restaurants and shops with traditional things and it had even some temple, I definitely prefer the one in London.

In Amsterdam we ate also the tasty rolls we had thanks to freeganism. In our case it meant that we were just went to some bakery just before the closing time and asked about the rolls or breads which the lady didn’t sell. And then we had our usual searching for some jobs and an interview in the bakery where they wanted to hire us. That place was located at the end of the city to which we never came back again. It was the end of work but the smell of bread and rolls was still in the air. And the owner was nice and friendly blond lady. Unfortunately we didn’t decide to work for her because it would be definitely too hard for one of us and too short (and giving not enough money then) for both.
We were a bit sad after that but we weren’t about to give up!

sobota, 16 sierpnia 2014

time travels

Już myślałam, że tu nie wrócę. Co tu dużo kryć- obraziłam się trochę na pisanie. Na szczęście ono nie obraziło się na mnie. W trakcie różnych podróży, spotkań z ludźmi, przyjemnych zaczepek na ulicy, miałam w głowie gotowe słowa lub nawet całe zdania, którymi opisałabym daną sytuację. Jednak ciężko było mi po prostu siąść i pisać, może ze względu na czas, może na to coś, co mówiło 'nie, daj sobie spokój'. Ale teraz kilka inspirujących osób przemówiło do mojej wewnętrznej blokady, dlatego wracam i być może nawet wrócę na dobre. Nowością będzie to, że pokuszę się o drugą wersję językową, trochę dla znajomych, trochę dla ćwiczeń.

for English scroll down

A! I jak widać, zmieniłam też nawę bloga. Z tamtej chyba wyrosłam, choć zapewniam, że z piegów nie. Odniesienie zamierzone, ale już interpretacje jego otwarte.

Gdyby ktoś rok, dwa miesiące i siedemnaście dni temu (bo tyle minęło od czasu mojego ostatniego posta) powiedział mi, że w moim życiu wydarzy się tyle spotkań, zwrotów akcji, trochę dłuższych podróży i trochę krótszych wyjazdów, świetnych wieczorów, dziwnych poranków i pracowitych dni, pomyślałabym, że chyba żartuje. A już z pewnością stwierdziłabym, że zmieszczenie takiej ilości zdarzeń jest niemożliwe w tak (relatywnie) krótkim czasie.

Zatem pozwólcie, że zanim zrównam swoje opowieści mniej więcej z czasem rzeczywistym, zabiorę Was na kilka (jeśli nie kilkanaście) podróży do, niezbyt odległej, przeszłości. Gotowi? [pasów nie musicie zapinać, bo tam gdzie pojedziemy na początku bardziej wskazane jest zabrać rowery] No to ruszamy!

Dokąd? To pytanie było dla mnie mało istotne, kiedy ponad rok temu chciałam wyjechać. Tym razem motywacja była bardzo prozaiczna- chciałam odłożyć trochę pieniędzy na Erasmusa. Dlatego od marca lub kwietnia co parę dni urządzałam sobie akcje pisania maili do hoteli, hosteli i restauracji w Norwegii, Anglii, Francji (będąc świeżo po intensywnym, rocznym kursie francuskiego chciałam się rzucić na głęboką wodę) i Holandii. Na tej ostatniej zależało mi najbardziej, bo właśnie tam miałam spędzić całą jesień i trochę zimy. Poza tym nie wiedziałam, gdzie konkretnie je spędzę- znalezienie mieszkania w Utrechcie to niezła 'przygoda' (ale o tym później)- więc wyjazd do krainy rowerów miał mi pomóc w odpowiedzi na to pytanie.
Mijały miesiące moich mailowych akcji. Wiadomości zwrotnych albo nie było, albo były negatywne, albo dosyć niepewne. Ale nie zrażało mnie to. Uparłam się, a jak się na coś uprę...
W czerwcu pisałam jak szalona. W przerwach od nauki do egzaminów siedziałam i zmieniałam nazwiska menadżerów w moich, gotowych już, szablonach. Z czasem zaczęłam myśleć, że skoro nikt nie chce mnie przyjąć, kiedy ładnie o to proszę z pewnym wyprzedzeniem, pojadę bez planów, będę chodzić od miejsca do miejsca i mówić, że szukam pracy na już. Rodzina się przeraziła. Jak to? Tak sama? Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie zobaczyłam post O. na Facebooku. Pytała w nim, czy ktoś nie zna jakiś miejsc za granicą, w których szukają pracowników. Zagadałam dokąd chciałaby pojechać, kiedy wyruszyć. Początkowo nasze daty zupełnie ze sobą nie grały. Później ja musiałam odpuścić sobie przedwczesny optymizm co do egzaminów i prac zaliczeniowych i tym samym zdecydowałam się na jechanie z O. Dość ryzykownie, bo wcześniej znałyśmy się tylko z jednego wieczora u wspólnej koleżanki, jednej długiej rozmowy w parku i paru krótkich między zajęciami lub w trakcie ich. A tu nagle plan, żeby spędzić ze sobą być może nawet cały miesiąc. Ale, że często jeszcze kieruje się zasłyszanymi w liceum (chyba od matematyczki) słowami 'nie ryzykujesz, nie masz', takie myśli nie siedziały mi zbyt długo w głowie.

Jak to było? Siadłyśmy wieczór przed wyjazdem na dywanie w moim pokoju. Przed nami kartony ze spożywczaków, brązowe markery, na biurku laptop z otwartym Google Maps i trasą Wrocław- Utrecht. Na autostopowych tabliczkach znalazły się miasta, które według nas były kluczowe na tym odcinku, choć nigdy wcześniej żadna z nas go nie przebyła. Na drugi dzień obfite śniadanie, trochę na zapas bo do naszych plecaków spakowałyśmy tylko pasztety, kuskus, dwie torebki kaszy z warzywami (po kilku dniach jedzenia kuskusu smakowała jak schabowy - dla mnie- tudzież porządne kotleciki sojowe - dla O.), vegeta, kukurydza i groszek w puszkach. A później szybka podwózka na autostradę i pierwsze oczekiwanie na stacji.
Po czterdziestu minutach, bez choćby drobnego sukcesu, zaczęły mi brzmieć w uszach wszystkie komentarze osób, które mówiły, że to szalony i niebezpieczny pomysł. I właśnie wtedy obok stacji zatrzymała się ciężarówka. Nie dla nas. Lekko otyły mężczyzna wyskoczył z pojazdu i udał się w stronę plandeki coś poprawiać czy wyjmować. Zmierzył nas na wpół groźnym, na wpół obojętnym wzorkiem.

- Nawet o tym nie myśl- powiedziałam do O- ja tam nie wsiądę.
I ani trochę nie kłamałam. Pierwsze wrażenie nie było w moim przypadku zbyt korzystne.
- Oj no, możemy przecież chociaż spróbować. Jak nie chcesz, to ja zapytam- odpowiedziała.
Mężczyzna jechał w kierunku Dortmundu, ale powiedział, że wyrzuci nas gdzieś pod Hanowerem.
-Pakujcie się- burknął. I choć to nie nastroiło mnie pozytywnie, otwarcie przed nami drzwi lekko poprawiło sytuację.
Dopiero siedząc na olbrzymim siedzeniu uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam zdenerwowana. Ale wystarczyło może z 60 kilometrów, żebym zupełnie zapomniała o tym wszystkim. Wtedy już przyszły typowe uczucia: spokój i podekscytowanie tym, co niewiadome w naszej podróży.
Ale moje pierwsze wrażenie było mylne. Kierowca był fajnym, normalnym facetem. Mówił, że nie lubi, kiedy jedzie tysiąc kilometrów i nie ma się do kogo odezwać i tego, że nie może nigdzie zagrzać miejsca. Ale potem wyliczał plusy: w Holandii objada się serami, w Skandynawii nie żałuje pieniędzy na ryby, w Hiszpanii kilogramami kupuje owoce. Oprócz prozaicznych nabytków wspomniał jeszcze o tym kluczowym- potężny harley. "Myślałem, że mnie zabiją w tym domu, jak go kupiłem!" Ale zaraz dodał rozmarzony: "Ech, ale jak sobie tak rozłożę łapy na kierownicy, przede mną pusta droga i ciągle nic, no to po prostu marzenie", a potem zaczął opowiadać jak z kumplami popłynęli do Australii ze swoimi maszynami, żeby śmigać po tamtejszych bezdrożach. Powiedział, że następnym jego celem są długie, czasami kompletnie puste drogi Stanów.

Zostawił nas na stacji benzynowej, nawet nie wiem ile kilometrów przed Hanowerem. Zaraz po wyjściu z ciężarówki nie chciałyśmy pytać, czy ktoś nas zabierze dalej. Zregenerowałyśmy siły pyszną kawą, a raczej lodowym musem kawowym i dopiero wtedy O. zaczęła podchodzić do tankujących. Bez efektu. Nawet dziadziuś, z którym, jak odniosłam wrażenie będąc w pewnej odległości, sympatycznie się jej rozmawiało, nie jechał w pożądanym kierunku. O., podbudowana tą rozmowa, choć jak się okazało rozmawiali w dwóch różnych językach, siadła obok mnie na kartonie. Trochę zrezygnowane, trochę ciekawe innych sposobów stopowania wyciągnęłyśmy tabliczkę "Holland".

Dziadziuś szedł właśnie w stronę swojego samochodu, ale zatrzymał się, żeby przyjemnie zagaić po niemiecku. Trochę źle trafił, bo obie jesteśmy z tym raczej na bakier, ale różnymi sposobami (głównie pokazywaniem na mapie) ustaliliśmy, że jedzie w stronę granicy holenderskiej.
Choć bardzo lubię rozmawiać z kierowcami, tym razem pomyślałam, że niewiele mogę zdziałać. Jednak bardzo mocno starałam się przypomnieć wszystko, co tyle tłukliśmy na lekcjach niemieckiego i przeprowadziłam z przyjaznym panem dialogi o mojej rodzinie, jego rodzinie, naszych zainteresowaniach i dlaczego to tak nie boimy się podróżować same przez Europę (to chyba moje największe osiągnięcie lingwistyczne). A później zapadła cisza w rozmowie, a w radiu zaczęła lecieć ta piosenka, która spowodowała nowy przypływ energii po ośmiu czy dziewięciu godzinach naszej podróży.
Niemiecki dziadziuś zawiózł nas do samej granicy z Holandią, choć mieszkał bardziej na wschód od tego miejsca. W dodatku zapewniał nas, że parking, na którym wysiądziemy, jest świetnym miejscem do łapania stopa. Nie wątpię w jego dobre intencje, bo faktycznie obok, nieopodal restauracji stało z pięć lub sześć samochodów. Jednak, gdy wróciłyśmy z toalety został tylko jeden (bez pasażerów) a restauracja była już zamknięta. Dlatego postanowiłyśmy podejść bliżej drogi.
Po krótkim czasie zatrzymał się przed nami niepozorny samochód, w którym, jak się po chwili okazało, siedziało dwóch policjantów. "Prosili" o zmianę miejsca. A ja dopiero wtedy się zorientowałam, że parking z restauracją znajduję się idealnie na przeciw wielkiego posterunku policji... Po dziesięciu minutach od tego zajścia ja chciałam wracać na stare miejsce (parking zaczął zagęszczać się od tirowców mających tam spędzić swoją nocną przerwę od jazdy, którzy często spoglądali w naszą stronę), ale O. bała się, że policjanci wrócą. Dlatego wzięłam swój plecak i zaczęłam sama iść w niebezpiecznym kierunku, trzymając tabliczkę 'Holland' nad głową. Jeszcze nie zdążyłam dojść na miejsce, gdy zatrzymała się obok mnie ciężarówka. Jak wywnioskowałam dopiero później- nie dla nas. Ale dziwnie obcięty mężczyzna- włosy jego grzywki skakały na wszystkie strony, kiedy tylko ruszał głową- powiedział, żebyśmy się pakowały do środka. Skinęłam na O., która prawie biegła w stronę ciężarówki, bo kierowca też bał się policji i nas pospieszał. Musiałam przez ten jego strach także zasłonić się, żeby nie było widać, że ktoś siedzi na środkowym kanapo-łóżku.
Przekroczyłyśmy granicę, ale dalej nie wiedziałyśmy, dokąd właściwie jedziemy. W końcu z pomocą gps-a ustaliliśmy jakiś cel. Dalsza część podróży z tym kierowcą była dość dziwna. Kosowianin (mieszkający od dłuższego czasu w Niemczech) nie mówił po angielsku, więc bariera językowa utrudniała komunikację. Bardziej mnie (poziom niemieckiego O. był jeszcze gorszy od mojego) niż jemu, bo on, nie przejmując się tym, że niewiele rozumiem, ciągle atakował mnie pytaniami i żartami. Z których sporo (może to i lepiej dla mnie) nie mogłam zrozumieć. Po wyjściu na 'erste große Station' marzyłam tylko o chwili odpoczynku. Mimo zmęczenia zauważyłam jednak, szczególnie po wzroście ludzi tankujących na stacji, że zdecydowanie... jesteśmy już w Holandii!


///

This is my first time writing a post in English. I decided to do that due to my friends and to exercise my written English.
As one can notice, I have changed the name of my blog. I think I just grew up and the name is no longer suitable for me (although I still have freckles which were included in the former name). The reference to... (I suppose you know what I mean) was intentional but the interpretations of it are open.

If someone had told me year two months and seventeen days ago (because that is the time which passed since I published the last post in here) that it would happen so many meetings, events, longer and shorter travels, great evenings, weird mornings and busy days in my life I would have thought he was just kidding me. And I am sure I would say that it was impossible to fit so many events into such a short time range.
Then until I will come with my stories to the present, let me take you on a couple of (or maybe on a dozen) trips to the not faraway past. Ready? [you do not have to fasten your seatbelts because in the place where we are going to at the beginning, is more advisable to take your bicycles] So let’s go!

Where? This question wasn’t important for me when I wanted to travel one year ago. But this time my motivation was simple- I wanted to save some money for my Erasmus exchange. Therefore I had been writing many mails to the hotels, hostels and restaurants in Norway, England, France (I was finishing the intensive course of French that time so I wanted to check my skills) and Holland, since March or April. I wanted to go to the last country the most because it was where I was supposed to spend whole autumn and a bit of winter. Besides, I didn’t know where I am exactly going to spend this time- finding place to live in Utrecht was a real ‘adventure’ (I will wirte about that later) so the journey to the land of bicycles had to help me in answering this question.
In June I was writing madly. When I had some breaks from studying to my exams I was sitting and changing the names of managers in the patterns of mails I had from longer time. Then I started to think that if no one wants to hire me when I ask about that in advance, I will go somewhere without any plans and I will go from place to place and ask for a job. My family was frightened. 'What? Do you want do go alone?' Just at the same time I saw a post published by O. on Facebook. She asked in it where to look for a job abroad. I wrote her to get to know where she wants to go and when to leave. At the beginning it was no chance to travel together because the terms we wanted to start were totally different one from another. But later I had to focus more on my exams and papers so I could start my travel the same time as O. Going together was a bit risky. We knew each other only from one meeting in our common friend’s place, one longer conversation in a park and a few shorter conversations between the classes at the university. And then we were planning to spend maybe even the whole month together. But I still follow the words I heard when I was in secondary school (maybe from my math teacher) ‘you don’t take a risk, you don’t have anything’.
How it was? We sat down on the carpet in my room. In front of us were the cartoons that we took from the groceries and the brown markers. On my desk was the laptop with the Google Maps opened on the route from Wrocław to Utrecht. On the hitch-hiking signs we wrote the cities we found out the most important on that way (although any of us has traveled this road before). The next day we ate huge breakfast just in advance because we packed to our backpacks only pâtés, couscous, two bags of groats with vegetables, corn and green peas in the cans. Then we arrived quickly at the gas station on the motorway and started to wait for the first car.
After forty minutes with any success, all comets of people who told me that our idea is crazy and dangerous started coming to my mind. And at the same moment a truck stopped just next to the gas station. Not for us. Slightly fat man jumped off the car and went to the back of it to the take something from there or so. He looked at us a bit angrily and a bit blankly.
- Don’t even think about that- I said to O.- I won’t go into his truck.
And I didn’t lie because my first impression was very negative.
- Hey, we can try at least. I will ask if you don’t want to- she said.
The man was going in direction of Dortmund but he said he can stop somewhere near Hannover where we wanted to go at the beginning.
- Get in the car- he said emotionlessly.
When I sat down in his truck I realised how stressed I was. But after maybe 60 kilometres I totally forgot about that. Then the typical feelings came: calm and excitement of the things yet to come during our trip.And my first impression was deceptive. The driver was a nice and normal man. He said he doesn’t like to travel thousand kilometres without talking to anyone and the fact he can't stay longer in one place. But then he started to count the advantages of his job: in the Netharlands he is eating a lot of cheese, in Scandinavia he spends money on fish and in Spain he can buy kilograms of fruit. Apart from the simple purchases he mentioned also one special: a harley. „I thought they were going to kill me at home when I said what I bought!” And then he started to tell the stories of his harley trips through Australia with his friends. And he confessed that his next aim is to travel on the long, sometimes completely empty roads of the US. He gave us a lift to the gas station. I don’t know how many kilometres from Hannover it was. After getting out of that truck we didn’t want to start asking the next drivers. We drunk some delicious ice coffee and then O. started going to people tanking up their cars and asking. Without success. Even ‘the grandpa’ who seemed to be so friendly (I saw that from the distance) didn’t go in the direction we needed to. O. came back and sat down next to me on the cartoon. We were still holding the sign ‘Holland’ in our hands.
‘Grandpa’ was just going back to his car when he stopped and started asking us (in German) again about the place we want to go. Unluckily we both don’t speak German very well. But anyway we were trying (mostly using the map) to explain our plans. And we finally managed to do that. He said he is also going to the German-Dutch border. Although I like to talk to the drivers, that time I didn’t have much to say. I was trying to remember all the things I was studying so hard during my German classes and finally I had a few conversations with our driver. We talked about his and mine family, our hobbies and about why we are not afraid of traveling through the half of Europe. Then we finished talking and that song appeared in the radio. It gave us a lot of energy after eight or nine hours of traveling.
German ‘grandpa’ drove us to the Dutch border, although he lived rather on the west from that place. He claimed that the parking we will get out of the car on is a great place to hitch-hike. I don’t doubt his intentions because near the restaurant there were five or six cars. But when we came back from the toiled only one left (with no one inside) and the restaurant was already closed. That was why we decided to go a bit closer, to the motorway. After short time some car stopped in front of us… with the policemen inside. They ‘asked’ us to change our place. And in that moment I realised that the parking with the restaurant was just in front of the huge police office… After ten minutes from this incident I wanted to come back to the old place (there were walking more and more truck drivers in the parking and staring at us) but O. was afraid that the policemen would come back. Therefore I took my backpack and started walking in dangerous direction with the sign ‘Holland’ above my head. I didn’t even arrive at our place when some truck stopped just next to me. As I realised later- not for us. But a man with a strange fringe said that we could get in. I called O. and we had to hurry up because that driver was also afraid of the police. Therefore I had also to covered myself (I was sitting on the middle bed) with some small curtain.
When we crossed the border we still didn’t know where we were going to. Finally after using GPS we decided about our way. Further way with that driver was rather weird. Mostly because of the language barrier. Of course it was harder for me (the level of German of O. was even worse than mine) than for him. He didn’t care that I didn’t understand so much. He kept attacking me with the questions and jokes I couldn’t understand (maybe that was better for me). After getting out of the truck I dreamed only about calm and relax. But although I was tired I noticed (especially after the height of people from the gas station that… we definitely arrived in the Netherlands!

czwartek, 30 maja 2013

level przed niebem

Jak miałam piętnaście lat to byłam fanką książki Paula Coelho (każdemu się może zdarzyć) "Weronika postanawia umrzeć", której akcja toczy się w Ljubljanie. Pamiętam, że było to dla mnie wtedy jakieś bardzo abstrakcyjne miejsce- stolica jakiegoś państwa, którego nazwę jeszcze wcześniej uparcie myliłam ze Słowacją. Jednak, nie wiadomo dlaczego, już wtedy miałam pozytywne skojarzenia z tym miejscem. Wyobrażałam je sobie jako małe i urocze. I wcale się nie pomyliłam. Ale od początku.

Chyba każdy człowiek marzy o czymś, co jest w zasięgu jego możliwości, ale nie ma odwagi tego dokonać. Ja od kilku lat marzyłam o jakimś dłuższym wyjeździe na stopa. Najbardziej zainspirowała mnie do tego książka Kingi i Chopina "Prowadził nas los" (Jeśli ktoś nie czytał, polecam! Sami zapragniecie, choćby jutro, ruszyć w drogę!). Zobaczyłam, że do nas należy tylko wyjście i wyciągniecie kciuka, a reszta przyjdzie sama, że można tyle zyskać. Chciałam się o tym przekonać jak najszybciej, dlatego w przerwach (albo w trakcie) nauki do matury snułam plany o dalekich podróżach. Ale zanim moje myśli zdążyłyby polecieć w stronę Afryki, czy Azji, postanowiłam, że w najdłuższe wakacje swojego życia będę stopować do Barcelony. I mimo, że znalazłam kogoś równie szalonego, ostatecznie skończyło się na podróży po Polsce. W dodatku, z przyczyn niezależnych ode mnie, musiałam ją odbyć pociągiem, w samotności.
A autostop pozostał na mojej liście "rzeczy do bezwzględnego zrobienia". Przed tegorocznym długim weekendem majowym pomyślałam, nie pierwszy już raz, a może teraz? Napisałam do mojego dobrego kolegi, który zareagował bardzo entuzjastycznie. Natomiast na pytanie o kierunek naszego wypadu, odpowiedział "ja chciałbym zwiedzić cały świat, więc to bez różnicy skąd zacznę". Mnie od dłuższego czasu ciągnie na południe. Co prawda najbardziej na Bałkany, ale Słowenia też wydala mi się kusząca. Najlepsze, że usłyszałam o niej, przede wszystkim, z ust mojego nauczyciela od angielskiego. Zachwycał się szczególnie Bledem, który opisał jako piękne miejsce z jeziorem otoczonym górami, pośrodku którego jest wyspa z kościołem. Jak mogłam się nie skusić po takim opisie? Wygooglowałam sobie Bled, zobaczyłam ten niesamowity widok, wysłałam mojemu koledze i bardzo szybko zdecydowaliśmy, że musimy to zobaczyć. A poza tym Ljubljanę, która od gimnazjum siedziała mi w głowie.
Nic za bardzo nie planowaliśmy. Spakowaliśmy plecaki, wzięliśmy namiot, palnik, mapę Europy, Wiednia (w którym chcieliśmy przenocować) i Ljubljany, tabliczki z nazwami miast i ruszyliśmy w drogę.


Teraz może zacznie się część pochwalna autostopowania, ale to wszystko dlatego, że dzięki temu wyjazdowi poznałam jego urok. Oczywiście nie można go idealizować, na zasadzie, że jest to najbezpieczniejszy sposób podróżowania (według mnie, jeśli czujesz jakiś strach, to znaczy, że jesteś czujny, kontrolujesz, to co się dzieje), ale na pewno można powiedzieć, że jeden z bardziej ciekawych i niezwykłych. Ludzie, których spotykaliśmy nadrabiali często drogi, żeby nam pomóc. Pewien Czech kupił mi kawę, a Słoweniec kupił nam lody. Dużo osób czuło się w obowiązku być naszymi lokalnymi przewodnikami- podwożąc nas opowiadali o okolicy, pokazywali swoje ulubione budynki, góry. Niektórzy nie mieli za bardzo warunków, żeby nas zabrać, ale to nie stanowiło dla nich przeszkody- wracając do Polski, o czwartej rano jechaliśmy na pace jeepa, z Bleda w kierunku Austrii podróżowaliśmy ciężarówką (spełniło się moje marzenie!), gdzie kolega siedział na jakieś wąskiej kanapie, a nie raz jechaliśmy z plecakami na kolanach.


Jeśli chodzi o miejsca, które zwiedziliśmy- pierwszym przystankiem, tak jak już wspomniałam, był Wiedeń, czyli miasto, które mogę chłonąć, jeść łyżkami i nigdy nie mieć dość. Uwielbiam serdeczność ludzi, którzy tam mieszkają (wiele razy zdarzyło mi się, że ktoś pytał, czy nie potrzebuję pomocy, kiedy ledwo zaczęłam rozkładać mapę!), jakiś taki ład, architekturę, zieleń i tę sztukę na każdym kroku (czy z wystaw sklepowych, czy jakieś przykłady street artu).


Po sześciu godzinach, ale tylko dwoma samochodami, dotarliśmy do Ljubljany. A moja miłość do kraju, w którym się znajduje rosła po drodze. Kiedy jechaliśmy w otoczeniu wzgórz, a do tego ze szczytami w tle, nie odrywałam nosa od okna. W samej stolicy widoczność bywała różna, ale i tak zdarzało się, że idąc ulicą podziwiałam góry na horyzoncie. Bardziej mogłam się nacieszyć tym widokiem kiedy Dejan, nasz couchsurfingowy gospodarz, zabrał nas na zamek. Co prawda i wtedy widoczność nie była najlepsza, ale i tak byłam zachwycona. 




To co najbardziej mnie urzekło w tym mieście i za czym najbardziej tęsknię, to atmosfera. Zabytki też są oczywiście wyjątkowe, szczególnie przykłady secesji:




Jednak atmosfera wygrywa. Czuje się taki luz, który przede wszystkim tworzą mieszkańcy- otwarci i serdeczni. Można siedzieć, jeść pyszne słoweńskie jedzenie, słuchać zespołu grającego chorwackie utwory i nie obawiać się, że zaraz będę chcieli za to jakąś zapłatę. Poza tym tempo życia jest dość wolne, a dzięki temu przyjemne. Dejan tłumaczył nam ciągle, że to dlatego, że przyjechaliśmy wtedy, kiedy mieli akurat wolne dni i większość ludzi wyjechała. Może coś w tym jest:P Ale skoro nie mogę uprzeć się przy tempie, to będę bronić artystyczności, serdeczności i swojskości, czyli cech, które sprawiają, że mogłabym tam żyć. Naprawdę tak pomyślałam- miasto i góry- mój ideał.














tradycyjne słoweńskie žlikrofi (coś s tylu naszych pierogów, tylko z ziemniakami w środku), przygotowane przez naszego kochanego gospodarza- Dejana

Z Ljubljany już podróżowaliśmy do 'miejsca ze zdjęcia'- Bledu. Bez żadnych planów (nie wiedzieliśmy co tam jest oprócz jeziora, gór i kościoła), noclegu. I to było cudowne. A jeszcze cudowniejszy fakt, że nam się udało. Taniej i ciekawiej niż myśleliśmy. Złapaliśmy stopa nie tylko do samego Bledu, ale również nad samo jezioro. Wysiedliśmy i mój kumpel od razu poczuł się jak w raju, ja musiałam okrążyć jezioro, żeby to poczuć. Wszystko dlatego, że po prostu szukałam tego widoku ze zdjęcia.I znalazłam. Było identycznie- jezioro otoczone górami (tu widoczność była idealna, tak samo zresztą jak pogoda) i wyspa po środku niego, a na niej kościół. Pozostałą część dnia spędziliśmy na zachwycaniu się tym miejscem. Kupiliśmy wino, piwa i tylko zmienialiśmy pomosty, z których podziwialiśmy wyspę. Poczułam takim wakacyjny chill. Siedzieliśmy nad samą wodą, gotowaliśmy sobie jedzenie na palniku i nikt nic od nas nie chciał.

 
 
 
 
 
 
 

 Kiedy tak teraz myślę o tej całej podróży, nie wierzę, że to wydarzyło się na prawdę. Oby więcej takich niedowierzań :)