Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2014

time travels

Już myślałam, że tu nie wrócę. Co tu dużo kryć- obraziłam się trochę na pisanie. Na szczęście ono nie obraziło się na mnie. W trakcie różnych podróży, spotkań z ludźmi, przyjemnych zaczepek na ulicy, miałam w głowie gotowe słowa lub nawet całe zdania, którymi opisałabym daną sytuację. Jednak ciężko było mi po prostu siąść i pisać, może ze względu na czas, może na to coś, co mówiło 'nie, daj sobie spokój'. Ale teraz kilka inspirujących osób przemówiło do mojej wewnętrznej blokady, dlatego wracam i być może nawet wrócę na dobre. Nowością będzie to, że pokuszę się o drugą wersję językową, trochę dla znajomych, trochę dla ćwiczeń.

for English scroll down

A! I jak widać, zmieniłam też nawę bloga. Z tamtej chyba wyrosłam, choć zapewniam, że z piegów nie. Odniesienie zamierzone, ale już interpretacje jego otwarte.

Gdyby ktoś rok, dwa miesiące i siedemnaście dni temu (bo tyle minęło od czasu mojego ostatniego posta) powiedział mi, że w moim życiu wydarzy się tyle spotkań, zwrotów akcji, trochę dłuższych podróży i trochę krótszych wyjazdów, świetnych wieczorów, dziwnych poranków i pracowitych dni, pomyślałabym, że chyba żartuje. A już z pewnością stwierdziłabym, że zmieszczenie takiej ilości zdarzeń jest niemożliwe w tak (relatywnie) krótkim czasie.

Zatem pozwólcie, że zanim zrównam swoje opowieści mniej więcej z czasem rzeczywistym, zabiorę Was na kilka (jeśli nie kilkanaście) podróży do, niezbyt odległej, przeszłości. Gotowi? [pasów nie musicie zapinać, bo tam gdzie pojedziemy na początku bardziej wskazane jest zabrać rowery] No to ruszamy!

Dokąd? To pytanie było dla mnie mało istotne, kiedy ponad rok temu chciałam wyjechać. Tym razem motywacja była bardzo prozaiczna- chciałam odłożyć trochę pieniędzy na Erasmusa. Dlatego od marca lub kwietnia co parę dni urządzałam sobie akcje pisania maili do hoteli, hosteli i restauracji w Norwegii, Anglii, Francji (będąc świeżo po intensywnym, rocznym kursie francuskiego chciałam się rzucić na głęboką wodę) i Holandii. Na tej ostatniej zależało mi najbardziej, bo właśnie tam miałam spędzić całą jesień i trochę zimy. Poza tym nie wiedziałam, gdzie konkretnie je spędzę- znalezienie mieszkania w Utrechcie to niezła 'przygoda' (ale o tym później)- więc wyjazd do krainy rowerów miał mi pomóc w odpowiedzi na to pytanie.
Mijały miesiące moich mailowych akcji. Wiadomości zwrotnych albo nie było, albo były negatywne, albo dosyć niepewne. Ale nie zrażało mnie to. Uparłam się, a jak się na coś uprę...
W czerwcu pisałam jak szalona. W przerwach od nauki do egzaminów siedziałam i zmieniałam nazwiska menadżerów w moich, gotowych już, szablonach. Z czasem zaczęłam myśleć, że skoro nikt nie chce mnie przyjąć, kiedy ładnie o to proszę z pewnym wyprzedzeniem, pojadę bez planów, będę chodzić od miejsca do miejsca i mówić, że szukam pracy na już. Rodzina się przeraziła. Jak to? Tak sama? Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie zobaczyłam post O. na Facebooku. Pytała w nim, czy ktoś nie zna jakiś miejsc za granicą, w których szukają pracowników. Zagadałam dokąd chciałaby pojechać, kiedy wyruszyć. Początkowo nasze daty zupełnie ze sobą nie grały. Później ja musiałam odpuścić sobie przedwczesny optymizm co do egzaminów i prac zaliczeniowych i tym samym zdecydowałam się na jechanie z O. Dość ryzykownie, bo wcześniej znałyśmy się tylko z jednego wieczora u wspólnej koleżanki, jednej długiej rozmowy w parku i paru krótkich między zajęciami lub w trakcie ich. A tu nagle plan, żeby spędzić ze sobą być może nawet cały miesiąc. Ale, że często jeszcze kieruje się zasłyszanymi w liceum (chyba od matematyczki) słowami 'nie ryzykujesz, nie masz', takie myśli nie siedziały mi zbyt długo w głowie.

Jak to było? Siadłyśmy wieczór przed wyjazdem na dywanie w moim pokoju. Przed nami kartony ze spożywczaków, brązowe markery, na biurku laptop z otwartym Google Maps i trasą Wrocław- Utrecht. Na autostopowych tabliczkach znalazły się miasta, które według nas były kluczowe na tym odcinku, choć nigdy wcześniej żadna z nas go nie przebyła. Na drugi dzień obfite śniadanie, trochę na zapas bo do naszych plecaków spakowałyśmy tylko pasztety, kuskus, dwie torebki kaszy z warzywami (po kilku dniach jedzenia kuskusu smakowała jak schabowy - dla mnie- tudzież porządne kotleciki sojowe - dla O.), vegeta, kukurydza i groszek w puszkach. A później szybka podwózka na autostradę i pierwsze oczekiwanie na stacji.
Po czterdziestu minutach, bez choćby drobnego sukcesu, zaczęły mi brzmieć w uszach wszystkie komentarze osób, które mówiły, że to szalony i niebezpieczny pomysł. I właśnie wtedy obok stacji zatrzymała się ciężarówka. Nie dla nas. Lekko otyły mężczyzna wyskoczył z pojazdu i udał się w stronę plandeki coś poprawiać czy wyjmować. Zmierzył nas na wpół groźnym, na wpół obojętnym wzorkiem.

- Nawet o tym nie myśl- powiedziałam do O- ja tam nie wsiądę.
I ani trochę nie kłamałam. Pierwsze wrażenie nie było w moim przypadku zbyt korzystne.
- Oj no, możemy przecież chociaż spróbować. Jak nie chcesz, to ja zapytam- odpowiedziała.
Mężczyzna jechał w kierunku Dortmundu, ale powiedział, że wyrzuci nas gdzieś pod Hanowerem.
-Pakujcie się- burknął. I choć to nie nastroiło mnie pozytywnie, otwarcie przed nami drzwi lekko poprawiło sytuację.
Dopiero siedząc na olbrzymim siedzeniu uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam zdenerwowana. Ale wystarczyło może z 60 kilometrów, żebym zupełnie zapomniała o tym wszystkim. Wtedy już przyszły typowe uczucia: spokój i podekscytowanie tym, co niewiadome w naszej podróży.
Ale moje pierwsze wrażenie było mylne. Kierowca był fajnym, normalnym facetem. Mówił, że nie lubi, kiedy jedzie tysiąc kilometrów i nie ma się do kogo odezwać i tego, że nie może nigdzie zagrzać miejsca. Ale potem wyliczał plusy: w Holandii objada się serami, w Skandynawii nie żałuje pieniędzy na ryby, w Hiszpanii kilogramami kupuje owoce. Oprócz prozaicznych nabytków wspomniał jeszcze o tym kluczowym- potężny harley. "Myślałem, że mnie zabiją w tym domu, jak go kupiłem!" Ale zaraz dodał rozmarzony: "Ech, ale jak sobie tak rozłożę łapy na kierownicy, przede mną pusta droga i ciągle nic, no to po prostu marzenie", a potem zaczął opowiadać jak z kumplami popłynęli do Australii ze swoimi maszynami, żeby śmigać po tamtejszych bezdrożach. Powiedział, że następnym jego celem są długie, czasami kompletnie puste drogi Stanów.

Zostawił nas na stacji benzynowej, nawet nie wiem ile kilometrów przed Hanowerem. Zaraz po wyjściu z ciężarówki nie chciałyśmy pytać, czy ktoś nas zabierze dalej. Zregenerowałyśmy siły pyszną kawą, a raczej lodowym musem kawowym i dopiero wtedy O. zaczęła podchodzić do tankujących. Bez efektu. Nawet dziadziuś, z którym, jak odniosłam wrażenie będąc w pewnej odległości, sympatycznie się jej rozmawiało, nie jechał w pożądanym kierunku. O., podbudowana tą rozmowa, choć jak się okazało rozmawiali w dwóch różnych językach, siadła obok mnie na kartonie. Trochę zrezygnowane, trochę ciekawe innych sposobów stopowania wyciągnęłyśmy tabliczkę "Holland".

Dziadziuś szedł właśnie w stronę swojego samochodu, ale zatrzymał się, żeby przyjemnie zagaić po niemiecku. Trochę źle trafił, bo obie jesteśmy z tym raczej na bakier, ale różnymi sposobami (głównie pokazywaniem na mapie) ustaliliśmy, że jedzie w stronę granicy holenderskiej.
Choć bardzo lubię rozmawiać z kierowcami, tym razem pomyślałam, że niewiele mogę zdziałać. Jednak bardzo mocno starałam się przypomnieć wszystko, co tyle tłukliśmy na lekcjach niemieckiego i przeprowadziłam z przyjaznym panem dialogi o mojej rodzinie, jego rodzinie, naszych zainteresowaniach i dlaczego to tak nie boimy się podróżować same przez Europę (to chyba moje największe osiągnięcie lingwistyczne). A później zapadła cisza w rozmowie, a w radiu zaczęła lecieć ta piosenka, która spowodowała nowy przypływ energii po ośmiu czy dziewięciu godzinach naszej podróży.
Niemiecki dziadziuś zawiózł nas do samej granicy z Holandią, choć mieszkał bardziej na wschód od tego miejsca. W dodatku zapewniał nas, że parking, na którym wysiądziemy, jest świetnym miejscem do łapania stopa. Nie wątpię w jego dobre intencje, bo faktycznie obok, nieopodal restauracji stało z pięć lub sześć samochodów. Jednak, gdy wróciłyśmy z toalety został tylko jeden (bez pasażerów) a restauracja była już zamknięta. Dlatego postanowiłyśmy podejść bliżej drogi.
Po krótkim czasie zatrzymał się przed nami niepozorny samochód, w którym, jak się po chwili okazało, siedziało dwóch policjantów. "Prosili" o zmianę miejsca. A ja dopiero wtedy się zorientowałam, że parking z restauracją znajduję się idealnie na przeciw wielkiego posterunku policji... Po dziesięciu minutach od tego zajścia ja chciałam wracać na stare miejsce (parking zaczął zagęszczać się od tirowców mających tam spędzić swoją nocną przerwę od jazdy, którzy często spoglądali w naszą stronę), ale O. bała się, że policjanci wrócą. Dlatego wzięłam swój plecak i zaczęłam sama iść w niebezpiecznym kierunku, trzymając tabliczkę 'Holland' nad głową. Jeszcze nie zdążyłam dojść na miejsce, gdy zatrzymała się obok mnie ciężarówka. Jak wywnioskowałam dopiero później- nie dla nas. Ale dziwnie obcięty mężczyzna- włosy jego grzywki skakały na wszystkie strony, kiedy tylko ruszał głową- powiedział, żebyśmy się pakowały do środka. Skinęłam na O., która prawie biegła w stronę ciężarówki, bo kierowca też bał się policji i nas pospieszał. Musiałam przez ten jego strach także zasłonić się, żeby nie było widać, że ktoś siedzi na środkowym kanapo-łóżku.
Przekroczyłyśmy granicę, ale dalej nie wiedziałyśmy, dokąd właściwie jedziemy. W końcu z pomocą gps-a ustaliliśmy jakiś cel. Dalsza część podróży z tym kierowcą była dość dziwna. Kosowianin (mieszkający od dłuższego czasu w Niemczech) nie mówił po angielsku, więc bariera językowa utrudniała komunikację. Bardziej mnie (poziom niemieckiego O. był jeszcze gorszy od mojego) niż jemu, bo on, nie przejmując się tym, że niewiele rozumiem, ciągle atakował mnie pytaniami i żartami. Z których sporo (może to i lepiej dla mnie) nie mogłam zrozumieć. Po wyjściu na 'erste große Station' marzyłam tylko o chwili odpoczynku. Mimo zmęczenia zauważyłam jednak, szczególnie po wzroście ludzi tankujących na stacji, że zdecydowanie... jesteśmy już w Holandii!


///

This is my first time writing a post in English. I decided to do that due to my friends and to exercise my written English.
As one can notice, I have changed the name of my blog. I think I just grew up and the name is no longer suitable for me (although I still have freckles which were included in the former name). The reference to... (I suppose you know what I mean) was intentional but the interpretations of it are open.

If someone had told me year two months and seventeen days ago (because that is the time which passed since I published the last post in here) that it would happen so many meetings, events, longer and shorter travels, great evenings, weird mornings and busy days in my life I would have thought he was just kidding me. And I am sure I would say that it was impossible to fit so many events into such a short time range.
Then until I will come with my stories to the present, let me take you on a couple of (or maybe on a dozen) trips to the not faraway past. Ready? [you do not have to fasten your seatbelts because in the place where we are going to at the beginning, is more advisable to take your bicycles] So let’s go!

Where? This question wasn’t important for me when I wanted to travel one year ago. But this time my motivation was simple- I wanted to save some money for my Erasmus exchange. Therefore I had been writing many mails to the hotels, hostels and restaurants in Norway, England, France (I was finishing the intensive course of French that time so I wanted to check my skills) and Holland, since March or April. I wanted to go to the last country the most because it was where I was supposed to spend whole autumn and a bit of winter. Besides, I didn’t know where I am exactly going to spend this time- finding place to live in Utrecht was a real ‘adventure’ (I will wirte about that later) so the journey to the land of bicycles had to help me in answering this question.
In June I was writing madly. When I had some breaks from studying to my exams I was sitting and changing the names of managers in the patterns of mails I had from longer time. Then I started to think that if no one wants to hire me when I ask about that in advance, I will go somewhere without any plans and I will go from place to place and ask for a job. My family was frightened. 'What? Do you want do go alone?' Just at the same time I saw a post published by O. on Facebook. She asked in it where to look for a job abroad. I wrote her to get to know where she wants to go and when to leave. At the beginning it was no chance to travel together because the terms we wanted to start were totally different one from another. But later I had to focus more on my exams and papers so I could start my travel the same time as O. Going together was a bit risky. We knew each other only from one meeting in our common friend’s place, one longer conversation in a park and a few shorter conversations between the classes at the university. And then we were planning to spend maybe even the whole month together. But I still follow the words I heard when I was in secondary school (maybe from my math teacher) ‘you don’t take a risk, you don’t have anything’.
How it was? We sat down on the carpet in my room. In front of us were the cartoons that we took from the groceries and the brown markers. On my desk was the laptop with the Google Maps opened on the route from Wrocław to Utrecht. On the hitch-hiking signs we wrote the cities we found out the most important on that way (although any of us has traveled this road before). The next day we ate huge breakfast just in advance because we packed to our backpacks only pâtés, couscous, two bags of groats with vegetables, corn and green peas in the cans. Then we arrived quickly at the gas station on the motorway and started to wait for the first car.
After forty minutes with any success, all comets of people who told me that our idea is crazy and dangerous started coming to my mind. And at the same moment a truck stopped just next to the gas station. Not for us. Slightly fat man jumped off the car and went to the back of it to the take something from there or so. He looked at us a bit angrily and a bit blankly.
- Don’t even think about that- I said to O.- I won’t go into his truck.
And I didn’t lie because my first impression was very negative.
- Hey, we can try at least. I will ask if you don’t want to- she said.
The man was going in direction of Dortmund but he said he can stop somewhere near Hannover where we wanted to go at the beginning.
- Get in the car- he said emotionlessly.
When I sat down in his truck I realised how stressed I was. But after maybe 60 kilometres I totally forgot about that. Then the typical feelings came: calm and excitement of the things yet to come during our trip.And my first impression was deceptive. The driver was a nice and normal man. He said he doesn’t like to travel thousand kilometres without talking to anyone and the fact he can't stay longer in one place. But then he started to count the advantages of his job: in the Netharlands he is eating a lot of cheese, in Scandinavia he spends money on fish and in Spain he can buy kilograms of fruit. Apart from the simple purchases he mentioned also one special: a harley. „I thought they were going to kill me at home when I said what I bought!” And then he started to tell the stories of his harley trips through Australia with his friends. And he confessed that his next aim is to travel on the long, sometimes completely empty roads of the US. He gave us a lift to the gas station. I don’t know how many kilometres from Hannover it was. After getting out of that truck we didn’t want to start asking the next drivers. We drunk some delicious ice coffee and then O. started going to people tanking up their cars and asking. Without success. Even ‘the grandpa’ who seemed to be so friendly (I saw that from the distance) didn’t go in the direction we needed to. O. came back and sat down next to me on the cartoon. We were still holding the sign ‘Holland’ in our hands.
‘Grandpa’ was just going back to his car when he stopped and started asking us (in German) again about the place we want to go. Unluckily we both don’t speak German very well. But anyway we were trying (mostly using the map) to explain our plans. And we finally managed to do that. He said he is also going to the German-Dutch border. Although I like to talk to the drivers, that time I didn’t have much to say. I was trying to remember all the things I was studying so hard during my German classes and finally I had a few conversations with our driver. We talked about his and mine family, our hobbies and about why we are not afraid of traveling through the half of Europe. Then we finished talking and that song appeared in the radio. It gave us a lot of energy after eight or nine hours of traveling.
German ‘grandpa’ drove us to the Dutch border, although he lived rather on the west from that place. He claimed that the parking we will get out of the car on is a great place to hitch-hike. I don’t doubt his intentions because near the restaurant there were five or six cars. But when we came back from the toiled only one left (with no one inside) and the restaurant was already closed. That was why we decided to go a bit closer, to the motorway. After short time some car stopped in front of us… with the policemen inside. They ‘asked’ us to change our place. And in that moment I realised that the parking with the restaurant was just in front of the huge police office… After ten minutes from this incident I wanted to come back to the old place (there were walking more and more truck drivers in the parking and staring at us) but O. was afraid that the policemen would come back. Therefore I took my backpack and started walking in dangerous direction with the sign ‘Holland’ above my head. I didn’t even arrive at our place when some truck stopped just next to me. As I realised later- not for us. But a man with a strange fringe said that we could get in. I called O. and we had to hurry up because that driver was also afraid of the police. Therefore I had also to covered myself (I was sitting on the middle bed) with some small curtain.
When we crossed the border we still didn’t know where we were going to. Finally after using GPS we decided about our way. Further way with that driver was rather weird. Mostly because of the language barrier. Of course it was harder for me (the level of German of O. was even worse than mine) than for him. He didn’t care that I didn’t understand so much. He kept attacking me with the questions and jokes I couldn’t understand (maybe that was better for me). After getting out of the truck I dreamed only about calm and relax. But although I was tired I noticed (especially after the height of people from the gas station that… we definitely arrived in the Netherlands!

wtorek, 25 września 2012

wiecznie w drodze

Notorycznie tęsknię za górami. Nawet jeśli byłam tam dwa dni temu, to i tak już tęsknię. A co dopiero powiedzieć o dwóch miesiącach? Tyle właśnie minęło od mojego wędrowania po Bieszczadach, dlatego gdy zobaczyłam, że pewien klub studencki organizuje biwak w Masywie Śnieżnika nie zastanawiałam się ani chwili. Mój plecak jest zawsze w pobliżu, a ja zawsze gotowa do drogi. Pakowanie nie sprawia mi problemów, wręcz przeciwnie- wielką frajdę, bo wiem, że zaraz znajdę się gdzie indziej. Koniec końców okazało się, że trafiłam na męską wyprawę, bo dwie dziewczyny, które miały z nami jechać, nagle zrezygnowały. Dopasowałam się do konwencji i ochoczo chodziłam na przełaj, kradłam drewno i piłam z chłopakami przy ognisku. No właśnie, chodzenie na przełaj zdarzało nam się bardzo często, szczerze mówiąc, więcej przeszliśmy w ten sposób niż szlakiem:P Już pierwszego dnia przedzieraliśmy się przez urocze pola, trawy...
...wąwozy (nad jednym z nich zrobiliśmy sobie przerwę śniadaniową:p)
...i przeprawialiśmy się przez rzeki.
Ostatecznie znaleźliśmy się na szlaku prowadzącym na Igliczną
i mimo pięknej pogody podejście na nią trochę zmęczyło. Później rozważaliśmy jeszcze pójście na Czarną Górę, ale żeby zaoszczędzić czasu i dotrzeć przed zmrokiem na Śnieżnik, kulturalnie zeszliśmy do Międzygórza.
Stamtąd już wyruszyliśmy na Śnieżnik, ale słońce zaczęło zachodzić, gdy dopiero podchodziliśmy pod schronisko pod nim. Dodatkowo takie pyszności jak bigos, zupki chińskie i czekolada z rumem (POLECAM!) w schronisku nieźle nas rozleniwiły i zdecydowaliśmy, że na Śnieżnik uderzymy z rana. Ale zanim to miało nastąpić musieliśmy znaleźć nasz nocleg czyli Domek Myśliwski. Marcin już tam kiedyś był, ale mimo to trochę się pogubiliśmy i skończyło się na tym, że wdrapywaliśmy się między drzewami na przełaj:) Trafiliśmy do domku i okazało się, ze nie będziemy tam sami (Domek jest niczyją własnością, kiedyś mieszkali tam myśliwi, teraz zatrzymują się wędrowcy. Jedni nabrudzą, drudzy posprzątają. Jedni zepsują piec, drudzy go naprawią. No właśnie, w środku znajduje się piec, w pomieszczeniu zwanym kuchnią i dwa inne pomieszczenia, w których można spać na podłodze, drewnianych pryczach albo, na zawieszonej między czterema palami, sznurkowej siatce. Oczywiście w domku nie ma ani prądu ani wody.), ponieważ w środku znajdowało się już dwunastu mężczyzn, w wieku (mniej więcej) od dwudziestu pięciu do czterdziestu lat.
Wybrali się tam na jakiś męski weekend, przez który zamierzali jedynie ostro pić. Czego można było doświadczyć w nocy.. Ale po kolei:P Jako jedyna kobieta w towarzystwie otrzymałam przywilej spania na siatce. W połączeniu z karimatą ta miejscówka była prawie tak wygodna jak moje łóżko! Po zjedzeniu czegoś od razu padłam tam ze zmęczenia, a pode mną jeszcze niektórzy z naszej ekipy. Na początku zbudziłam się od uderzenia plastikową pokrywką. Okazało się, że nade mną jest okrągła dziura i wszystko od kolegów z pietra może stamtąd na mnie spaść:P Później budziłam się regularnie od: głośnych, szowinistycznych żartów, śpiewania 'sto lat' czy okrzyków radości. Podsumowując, NIGDY nie spałam w trakcie TAKIEJ biby! Aczkolwiek udało mi się to robić przez osiem godzin, dlatego wstałam bardzo wypoczęta:)
Wówczas wyruszyliśmy, tym razem szlakiem, na Śnieżnik. Pogoda niestety nie sprzyjała nam już tak, jak poprzedniego dnia. Wiało, padało, a mgła była jak mleko.
Dlatego na Śnieżniku w sprawie widoków musiałam liczyć na swoją wyobraźnię:P Później Marcin chciał nas koniecznie zaprowadzić do Słonia, który okazał się nie być nazwą żadnego szczytu, a najprawdziwszym słoniem!
Następnie mieliśmy ambitny cel, żeby pozwiedzać rożne bunkry, już po czeskiej stronie, ale skończyło się na jednym od wewnątrz (gdzie zjedliśmy drugie śniadanko) i kilku od zewnątrz. Pogoda była wyjątkowo podła i stwierdziliśmy, ze najlepiej szukać już miejsca na nocleg. W tym celu przemierzyliśmy kawał drogi na przełaj przez trawy/ lasy/ powalone drzewa/ kępy jagód. Aż, po przeprawieniu się jeszcze przez rzekę, dotarliśmy do cudownej wiaty, z miejscem na ognisko i lasem w tle, z którego można było przynieść drewno. Zastosowaliśmy oryginalny motyw i rozbiliśmy jeden namiot w wiacie, żeby było cieplej.
Drewno z lasu nam nie wystarczyło, dlatego poszliśmy ukraść trochę suchego i już pociętego, które znajdowało się przy pobliskiej, zamkniętej chatce. W ten sposób mieliśmy zapas na kilka godzin palenia ogniska, na którym smażyliśmy kiełbaski, kładliśmy obok mokre buty i piliśmy z okazji urodzin Maćka. Na drugi dzień pogoda znowu się pojawiła, a my wróciliśmy do... chodzenia na przełaj:)
Aż znaleźliśmy się na pięknym szlaku prowadzącym na Mały Śnieżnik.
Zdobyliśmy go i z tej okazji zaserwowaliśmy sobie obiadek na szczycie:)
A potem już tylko droga na dół, do Międzylesia, której, szczególnie płaski, odcinek zmęczył mnie bardziej niż te trzy dni w górach:P
Jak zwykle wróciłam z maksymalnie naładowanymi akumulatorami i głową pełną inspiracji. Niedługo zacznę te pomysły wcielać w życie, dlatego... strzeżcie się:P!

wtorek, 11 września 2012

take the time and walk away from it

Z każdą następną podróżą przekonuję się jak zbawienny mają one na mnie wpływ. I bynajmniej nie chodzi mi tu cele, które osiągam, tylko o samą drogę. Kiedy wsiadam do pociągu/ autobusu/ samolotu wszystko zostaje w dali. Problemy czy wahania znikają, a jeśli wracają to tylko po to, by wreszcie na spokojnie je przemyśleć i znaleźć rozwiązanie. W trakcie samotnych podróży działa to najlepiej. Wtedy jest czas na pobycie samemu ze sobą, poskładanie myśli i poszukanie jakiejś harmonii. Ostatnio często podróżuję sama, jak choćby do Brukseli, kilka tygodni temu. Wszystko zaczęło się od tego, że na początku wakacji trochę się załamałam, że nie mam żadnych planów, poza pracą. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła kombinować. Codziennie przeglądałam różne strony, szczególnie takie z tanimi lotami. Moi znajomi głównie na wakacjach lub w pracy, więc postanowiłam, że czas wreszcie polecieć samotnie. Nie wiem dlaczego przyszła mi do głowy Bruksela. Jakoś tak spontanicznie. Bilety były w rozsądnej cenie, ale nie mogłam ich zarezerwować od razu, bo nie byłam pewna co do coucha. Gdy dostałam pozytywną odpowiedź niestety troszkę podrożały, a ryanair doliczył jeszcze jakieś kosmiczne koszty. Ale skoro się uparłam to dopięłam swego i w ten oto sposób znalazłam się na pokładzie samolotu do Chaleroi dwudziestego szóstego sierpnia. Oczywiście czułam pewien niepokój, ale bardzo pozytywny. Choć może nie wyraziłam się precyzyjnie- był to raczej strach przed nieznanym. Jednak na inne emocje nie musiałam długo czekać, wystarczyło, że samolot wystartował, a już przypomniałam sobie, jak uwielbiam latać. Po przylocie szybka akcja ze znalezieniem autobusu do centrum Brukseli, a po znalezieniu się na dworcu w Brukseli, pierwsza myśl (mam nadzieję, że nie zabrzmi to rasistowsko: Boże, ja wysiadłam w Afryce! Bo to właśnie pochodzący stamtąd ludzie, dominują na ulicach. Czasem aż trudno odnaleźć w tej mieszaninie prawdziwych Belgów! Po trafieniu do właściwego metra pojechałam na umówiona stację. Umówioną, bo miał na niej czekać jeden z moich hostów- Yannick. Co prawda nie było go tam dość długo, ale wreszcie się pojawił i zaprowadził mnie do swojego mieszkania, które znajdowało się w pobliżu. Tam poznałam jego dziewczynę- Laetitię. Od początku wydali mi się spokojnymi i bezkonfliktowymi ludźmi. Zaraz po moim przyjeździe zjedliśmy obiad, zrobiony przez Yannicka, przy bałkańskich rytmach, które wszyscy uwielbiamy. W następnych dniach spędzałam czas głównie sama, bo oni byli zajęci praca i innymi sprawami, raz tylko Yannick skoczył ze mną na piwo, innego wieczoru poszłam na festiwal, na którym działał. Pierwszy raz widziałam coś takiego! Na początku tygodnia na małym obszarze miasta zamknięto kilkanaście ulic, na placach, rogach i w parkach rozstawiły się zespoły, na ulicach były kramy dosłownie ze wszystkim (od ślimaków, zapiekanek, loteryjek, wyrobów ludowych po buty, torby i biżuterię).
Tego samego wieczoru wybrałam się na spotkanie couchsurferów. Genialna atmosfera! Jak tylko weszłam to jakiś facet zapytał się czy jestem z couchsurfingu i zaprosił do stolika pełnego wesołych, gadających ludzi. Poznałam tam Maltańczyka, Turków, Hiszpana, Holenderkę, Niemca, Polkę i sporo miejscowych. Jeśli chodzi o zwiedzanie to oczywiście dużo się gubiłam i to często w bardzo śmieszny sposób. Ale z czasem, w mieście gdzie prawie nikt nie mówi po angielsku i większość jest w dodatku nieskora do pomocy, przyzwyczaiłam się do polegania na samej sobie. To co widziałam, oprócz rynku, w ogóle mnie nie zachwyciło. Bruksela jest chyba największym zawodem wśród miast, które dotychczas widziałam. Przede wszystkim jest okropnie brudna! Worki ze śmieciami zajmują spora część chodników, w dodatku nawet tych w centrum miasta! Poza tym budynki są jedną wielka mieszanką stylową, z przewagą najzwyklejszych ceglanych kamienic, pozbawionych jakichkolwiek ornamentów czy urozmaiconych rozwiązań architektonicznych. To miasto w ogóle ani nie zasługuje na miano stolicy Unii Europejskiej ani na nią nie wygląda! Tylko w głowach mieszkańców tkwi odmienne przekonanie!
Jednak warto wspomnieć o pewnych plusach, do których zalicza się bez wątpienia street art. Bardzo spodobał mi się projekt zagospodarowania ścian scenami z komiksów, które są belgijską specjalnością.
I frytki, których nawet mała porcja wykracza poza najśmielsze oczekiwania:P
Wreszcie udało mi się trafić na jakiś pchli targ:)
Podsumowując Brukselę, jak już zwiedzicie cały świat, to możecie o nią zahaczyć.