Pokazywanie postów oznaczonych etykietą canals. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą canals. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 grudnia 2014

Out on the road

Tym razem będzie bardziej podróżniczo - opiszę moje wycieczki po Holandii i Belgi, które robiliśmy sobie wspólnie ze znajomymi w trakcie naszego pobytu na Erasmusie. Podróżowaliśmy przede wszystkim samochodem kolegi z Niemiec, co było najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem, bo jak pisałam tutaj, jeżdżenie pociągami i autobusami w Holandii (ale także w Belgi) jest drogie.
--
This time I will write about my trips across the Netherlands and Belgium which we did together with my friends during our Erasmus. We were traveling by the car of our friend from Germany and it was the most economical option because traveling by buses and train in the Netherlands (but also in Belgium) is quite expensive. 

GLOW Eindhoven 

Zacznę jednak od listopadowej wycieczki do Eindhoven z lokalnym ESN-em. To miasto, a raczej jego lotnisko, znałam już wcześniej, bo przyleciałam na nie z Polski. O reszcie miasta nie słyszałam nic ciekawego. Większość osób opisywało Eindhoven jako miejsce z porobotniczymi budynkami, które prawdopodobnie aspiruje na miano holenderskiej stoicy designu, organizując różne wydarzenia tego typu. Ale nie przyjechaliśmy tam żeby podziwiać architekturę, ani lokalny design. Naszym celem było GLOW- festiwal światła.
 --
Before writing about our car trips I will start with the trip to Eindhoven which I had done with the local ESN. This city or rather its airport I had known before because I flew to it from Poland. But I didn't hear anything interesting about the rest of the city. Majority of people that I talked with about Eindhoven were describing it as a place full of post-industrial building which probably tries to be called as the Dutch capital of design. But we didn't come there to admire the architecture neither the local design. Our goal was GLOW- the festival of light.


W punkcie informacyjnym wzięliśmy ze znajomymi jakieś mapki, ale ze względu na niewielką ilość czasu, który mogliśmy spędzić w Eindoven, po prostu ruszyliśmy przed siebie w stronę jakichkolwiek świateł. Mimo to poszło nam całkiem nieźle - widzieliśmy wille, które dzięki światłom zamieniły się w orientalne rezydencje, potwora, który przy pomocy świateł 'wynurzył' się z fontanny, sztuczne świecące drzewka i świetny pokaz świetlnej animacji na katedrze.
--
Together with my friends we took some maps from the information point but due to the small amount of time we could spend in Eindhoven we just went ahead in direction of some lights. But it went well - we saw some villas which thanks to the lights transformed into great oriental residences. We saw also the monster which thanks to the lights 'surfaced' from the fountain, some artificial shining trees and we watched a great show of the light animation on the wall of the cathedral.


Leiden

Wycieczka do Lejdy wyszła całkiem spontanicznie. Ja i troje moich znajomych mieliśmy akurat wolny dzień, więc wskoczyliśmy do auta i ruszyliśmy na zachód. Pogoda co prawda nie zachęcała do zwiedzania, ale w Holandii zwykle nie zachęca, więc zdążyliśmy się już przyzwyczaić, po dwóch miesiącach mieszkania tam. Naszej podróży nie zaplanowaliśmy do tego stopnia, że po znalezieniu centrum kolejny raz szliśmy przed siebie. W ten sposób znaleźliśmy cytadelę, która była najwyższym miejscem, w którym dotychczas byliśmy w Holandii (sądzę, że wysokością położenia może ją przebić jedynie Fort Sint Pieter w Maastricht). Do zdobycia jej potrzebowaliśmy tylko niewiele ponad 20 schodów. W nagrodę za wejście, mimo deszczowej pogody, mogliśmy podziwiać typowo holenderską panoramę miasta (czyli urocze, niezbyt wysokie domki). 
--
The trip to Leiden was completely spontaneous. Me and tree of my friends had a free day so we jumped into the friend's car and set off to the West. The weather wasn't perfect for sightseeing but it is usually like that in the Netherlands so we had already got used to that. We didn't planned our trip so after finding the city centre we just went ahead (as usually). But we found that way the citadel which was the highest point we had been to in the Netherlands (I suppose that higher located is only Fort Sint Pieter in Maastricht). We needed only a bit more than 20 steps to reach it. Although it was raining, after getting there we could admire typical Dutch panorama of the city (charming, not so high buildings). 


A później przemieszaliśmy się już w głąb centrum, czyli, jak to zwykle bywa w holenderskim miastach, do głównego kanału. Pośpiesznie zrobiliśmy kilka zdjęć i uciekliśmy do najbliższej kawiarni - tym razem deszcz z nami wygrał.
--
Then we were moving deeply into the centre so as it usually is in the Dutch city - towards the main canal. We made some pictures quickly and escaped to the nearest cafe - that time the rain won.

Ale nie straciliśmy zapału - zagrzaliśmy się, trochę wyschnęliśmy, a później dalej intuicyjnie odkrywaliśmy miasto.
--
But we didn't lose our enthusiasm - we warmed up, dried our clothes a bit and then we started discovering the city again. 


Belgium - Antwerp, Bruges, Gent

Tutaj, przyznaję, było nieco mniej spontanicznie. Uparłam się, że muszę odwiedzić Belgię, będąc tak blisko niej. Pomysły miałam różnie - stopem, pociągami, może autobusem. Pierwsza opcja odpadła, bo pogoda była bardzo kapryśna i z góry byłabym skazana na moknięcie godzinami przy drogach. Kolejne opcje były za drogie. Zaczęłam regularnie namawiać znajomych, żeby się do mnie dołączyli. Skład wyklarował się chyba dzień przed, D. zaproponował, żebyśmy pojechali jego samochodem, a ja i B. zaczęłyśmy szukać hosteli. Wybór jednego z nich okazał się bardzo...ciekawy.
--
Here - I have to admit - it wasn't so spontaneously. I insisted that I have to visit Belgium being so close to it. I had different ideas - to hitchhike there, to go by train or by bus. I resigned from the first option because the weather was capricious and I would soak staying next to the road. Next options were too expensive. Therefore I started to persuade my friends to join me. We formed to trip team just the day before leaving Utrecht. D. offered that we can go by his car and me and B. started looking for the hostels. The choice one of them turned out to be... interesting.



Po niecałych trzech godzinach jazdy znaleźliśmy się w Antwerpii. Jak zwykle bez planu miasta, ale za to z drobną pomocą gps'ów dotarliśmy na ulicę, gdzie miał znajdować się nasz hostel. Przejechaliśmy ją kilka razy i nic. Żadnego neonu, transparentu, napisu na budynku. Wysiedliśmy i patrzyliśmy budynek po budynku, gdzie to może być. Minęliśmy chyba ze trzy polskie sklepy, kiedy wreszcie mignął nam mały napis obok drzwi jednego z budynków - Boomerang. Później śmialiśmy się, że to dobrze, że nie jest dobrze oznaczony, bo jest szansa, że mniej ludzi do niego trafi. Dlaczego? Hostel dawno nie był sprzątany, w salonie niektórzy palili papierosy, w niektórych schodkach były dziury, w dormie chłopaków ciągle odzywał się alarm przeciwpożarowy, a w łazience z podłogi wyrastały.. grzyby. 
--
After around three hours ride we arrived in Antwerp. As always we didn't have the city map but using some gps we found the street on which our hostel was supposed to be. We went across it several time but we couldn't find it. No banner at the building, no name at the wall. We got off the car and started looking for it building by building.  We passed by three Polish shops went we finally noticed some small writing - Boomerang - next to the doors of some building. Later we were laughing that it is maybe better that the hostel is not marked in the proper way because there is a chance that less people will stay in it. Why? The hostel hadn't been cleaned for longer time, there were some people smoking in the common room, there were some whole in the stairs steps, in the boys' dorm the fire alarm was constantly beeping and there were also mushrooms growing in the bathroom..
 --
Samo miasto też nie było zbyt czyste. Trochę się tego spodziewałam, po tym jak naoglądałam się stert worków ze śmieciami w centrum Brukseli (odwiedziłam ją dwa lata temu). Tutaj na szczęście nie było takiej ilości śmieci, ale kolega wdepnął po środku centrum w brązowe wiadomo co (i to raczej ludzkie, a nie zwierzęce;)). Jednak zachwyciło mnie to, co miało zachwycić - dworzec. W sumie tylko dla niego chciałam tam pojechać. Wśród kilku piętrowych kamienic nagle pokazał się on - piękny, barokowy, monumentalny. A w środku można się było poczuć niemal jak w świątyni! 
--
The city wasn't clean too. I was expecting that a bit after watching the piles of the rubbish bags in the city centre of Brussels. Fortunately it wasn't so many rubbish in Antwerp, but my friend stepped on the brown you know what (and it wasn't rather animal but the human one;)). But the was something which was supposed to impress me and it impressed - the train station. Honestly that was a reason I wanted to come to Antwerp. Among some houses finally I saw it - beautiful, baroque and monumental building. And inside of it one could feel like in some temple! 



Jakiekolwiek wrażenie w Antwerpii zrobiła na mnie jeszcze tylko fabryka czekolady i ogromna hojność pewnego Polaka. Po całodziennym włóczeniu się po mieście byliśmy przemarznięci, więc zaproponowałam, żebyśmy chwilę posiedzieli w budynku uniwersytetu. Był tam bar, z którego dobiegały rozmowy po polsku, więc poszłam zapytać, czy możemy coś dostać do jedzenia (było koło dziewiątej wieczorem). Obsługujący mężczyzna zabrał się za tłumaczenie menu z flamandzkiego na angielski (ze względu na moich znajomych). A gdy zamówiliśmy kanapki zaproponował, że poda nam wszystkim duże spaghetti, które dostaniemy w cenie małego, bo nie ma akurat jego szefa. Ale to nie koniec! Zaraz po spaghetti przyniósł nam tacę pełną kanapek. A jak mu dziękowałam za wszystko to powiedział, że przyniesie mi najlepsze piwo, jakie ma!
Bardzo się cieszyłam, że moi znajomi mogli poznać polską gościnność! 
--
There were only two more things which impressed me in Antwerp - the chocolate factory and the great hospitality of one Polish man. After the whole day of sightseeing we felt very cold so I suggested that we can sit for a while inside of some university building. There was a bar from which I heard some conversations in Polish. Therefore I went there to ask if they have still something to eat (it was around 9 pm). The barman started to translate a menu from Flemish into English for us. And when we ordered the sandwiches he offered that he will give us big plate of spaghetti in the price of small instead (because his boss wasn't there). But that wasn't the end! After spaghetti he brought us the tray full of sandwiches. And when I was saying: thank you for everything he said he will bring be the best beer he has!
I was very happy that my friends could get to know the real Polish hospitality! 
 

O Brugii mogłabym napisać bardzo dużo i wszystkie te słowa wyrażałyby zachwyt. Piękne miasto, w którym czas zatrzymał się na średniowieczu. Niskie, ceglane kamienice, małe kanały porośnięte po obu stronach drzewami i dzikim bluszczem, dostojne oficjalne budynki miejskie i kościoły. Ale Brugia to też pyszne smaki- wszechobecnych wyrobów czekoladowych, gofrów i słynnych belgijskich piw! (o miejsca do spróbowania tych ostatnich warto pytać przypadkowych Belgów - my świetnie trafiliśmy w ten sposób)
--
I could write a lot about Bruges and all of these words would express the admiration. It is beautiful city where the time stops in the Middle Ages. Small buildings made of brick, small canals with the trees and the wild ivy on the both sides of them, monumental city buildings and churches. But Bruges is also full of great tastes - of omnipresent chocolate products, waffles and famous Belgian beers! (it is worth asking some random Belgian people about the nice place to try them - we found a great place and beers that way)

 
Według mnie i w przypadku tego miejsca warto odłożyć na bok przewodnik i pozwolić sobie zgubić się w krętych uliczkach Brugii. (nie zapominając jednak o wejściu na znajdującą się w rynku wieżę Beffroi!).
--
In my opinion also in the case of that place is better not the use the guide books and just let yourself get lost among the tight streets of Bruges. (but you can't forget about climbing the tower Beffroi which is located at the main square!)




W Gandawie już mieliśmy mało czasu, bo w Brugii za długo odsypialiśmy degustowanie piw poprzedniego dnia. Ale dzięki USE-IT - darmowej mapie miasta (korzystaliśmy z nich też w dwóch poprzednich) trafiliśmy do najciekawszych zaułków. Jednak przedtem musieliśmy oczywiście obejrzeć panoramę miasta z Beffroi (ten sam typ średniowiecznej wieży, który jest w Brugii)!
--
We didn't have a lot of time in Gent, because we were sleeping too long after beer tasting the day before. But thanks to USE-IT - a free city map (we were using it also in Bruges and Antwerp from time to time) we found the most interesting corners. But before that we just had to see the panorama of the city from Beffroi (the same type of a medieval tower, which is also in Bruges) !

Dalej 'localsi' (bo to oni tworzą te mapy) zaprowadzili nas w najbardziej kolorowy, grafficiarski zaułek - "graffitistraatje".
--
Then 'locals' (because they create this map) leaded us to the most colourful graffiti corner - "graffitistraatje".


Stamtąd trochę przy pomocy mapy, trochę intuicyjnie kierowaliście się do naszych 'must-see' w każdym belgijskim mieście - rynku, krętych uliczek, zamku i głównego kanału.
--
From there we were to our must-see in every Belgian city - the main square, tight streets and the main canal.
 

The North - Schiermonnikoog and Groningen


To była jedna z dwóch najbardziej spontanicznych wycieczek, które sobie zrobiliśmy. Któregoś wieczoru jedliśmy langosze (pyszne i oryginalne, bo zrobione przez naszą koleżankę Węgierkę), kiedy D. powiedział, że jest taka holenderska wyspa  na Morzu Północnym. W sumie nie ma na niej żadnych zabytków, ale bardzo chciałby ją zobaczyć. Ja chciałam pojechać do Groningen, więc stwierdziliśmy, że to połączymy. I tak kilka dni później byliśmy w drodze na północ Holandii. Dojechaliśmy do Lauwersoog, skąd (już bez samochodu) popłynęliśmy promem na Schiermonnikoog. Pogoda była idealna, więc większą część rejsu spędziliśmy na zewnątrz, później schowaliśmy do środka, gdzie było bardzo przytulnie i wygodnie. 
--
It was one of two the most spontaneous trips we had made. One evening we were eating langos (delicious and the original ones, because they were made by our Hungarian friend) when D. said that there is some Dutch island at the North Sea. In general there aren't any monuments, but he said he really want to see it. I wanted to visit Groningen so we decided we will connect it. And after a few days me, D. and two more friends were on our way to the north of the Netherlands. We arrived in Lauwersoog from where (without the car) we went by ferry to Schiermonnikoog. The weather was perfect so we spent most of the cruise outside, then we came inside where it was very cosily and comfortably  


Sama wyspa, choć nie miała żadnych zabytków, wyjątkowych zwierząt ani rośli, zrobiła na mnie bardzo fajne wrażenie. Można byłoby ją spokojnie przejść w jeden dzień, ale, że pod koniec listopada już szybko robiło się ciemno, przeszliśmy tylko pewną część. Robiłam mnóstwo zdjęć i zachwycałam się tym, że niewielką ilość lądu otacza tyle wody (to była pierwsza wyspa, jaką kiedykolwiek odwiedziłam, nie licząc wyspy Słodowej we Wrocławiu).
--
Although the islands didn't have any monuments, special animals or plants, it impressed me a lot. It would be possible to walk through the whole island during one day but it was getting dark quickly (it was the end of November) so we decided to walked across only some part of it. I was taking a lot of pictures and admiring the island a lot maybe because it was the first island I had ever been to.

W centrum wyspy okazało się, że dobrze trafiliśmy, bo oczekiwano akurat przybycia Świętego Mikołaja (Sinterklaas). Mikołajki w Holandii (5 grudnia) to bardzo ważne wydarzenie, jak zaobserwowałam, ważniejsze niż Boże Narodzenie. Ozdoby w sklepach pojawiły się już na początku października. Ale nie dominowały wśród nich mikołaje, a czarne Piotrusie (Zwarte Piet). Według legendy Mikołaj przybywa z Hiszpanii, drogą morską, a na łodzi oprócz niego są jego pomocnicy- czarne Piotrusie właśnie. Co ciekawe, nierzadko przyćmiewają sławą samego Mikołaja, bo to przebranych za nich Holendrów widziałam najczęściej na ulicach. Ze świętowaniem mikołajek wiąże się też jedzenie kruidnotenpepernoten, a także parada związana z przybyciem Mikołaja. To ostatnie nie ma ustalonej daty. Do Utrechtu Mikołaj już przyjechać, a na Schiermonnikoog pojawił się dopiero razem z nami (23 listopada).   
--
In the centre of the island it turned out that the inhabitants are waiting for the Santa Claus (Sinterklaas) arrival. The Santa Claus day in the Netherlands (5th of December) is a very important event, as I could observe, even more important than Christmas. The decorations in the shops appeared at the beginning of October. The Santa Clauses didn't dominate among them, but the Black Peters (Zwarte Piet). According to the legend, Santa Claus comes from Spain by sea and on the boat apart from him there are also his helpers - Black Peters. What is interesting - they are famous more than Santa Claus sometimes because Dutch people dress up as them frequently. Celebrating the Santa Claus day is connected also with eating kruidnoten and pepernoten and the parade organised for the arrival of Santa Claus. The last event didn't have the steady date. Santa Claus had already arrived in Utrecht when on Schiermonnikoog he appeared together with us (23rd of November).
 
Sama wyspa (w zabudowanej części) była uroczym i spokojnym miejscem.  
--
The island itself (in the built-up part) was a charming and calm place.
O Groningen mogę napisać tyle, że jest ono najbardziej imprezowym miejscem, w którym dotychczas byłam. W sumie nic dziwnego, skoro podobno 80% populacji tego miasta stanowią studenci. Wieczorem większość z nich pojawia się w wypełnionym różnorodnymi klubami i barami centrum. Są nawet specjalne szatnie miejskie, w których mogą zostawić swoje rzeczy, tak by swobodnie przemieszczać się między klubami. A kiedy zgłodnieją, w małych barach z jedzeniem czekają (chyba najlepsze jakie jadłam) frytki z przyprawami w środku.  
Muszę jeszcze dodać, że centrum Groningen jest zamknięte W CAŁOŚCI dla ruchu samochodowego!
--
I can write about Groningen that it is the most party place I have ever been to. But it is nothing weird in that when, probably the 80% of the population of it are the students. On the evenings most of them come to the city centre which is full of different bars and clubs. There are even the special city cloakrooms where they can leave their stuff to move more freely from one club to another. And when they get hungry there are tasty french fires with the seasonings inside of them (probably the best french fires I have ever eaten!) in the small bars with the food. 
I have also to add that the centre of Groningen is completely closed for the cars!

W Groningen mieliśmy też bardzo interesującego gospodarza na couchsurfingu. J. jest pół Holendrem, pół Szkotem, studentem biologi morskiej. Jeździ na kolażówce i łyżwach, pracuje jako pomoc medyczna na zawodach łyżwiarskich i zajmuje się fotografowaniem zawodów tanecznych. Przy tylu zainteresowaniach rozmowy z nim były wręcz fascynujące! 

W następnym poście kolejna część relacji z podróży po Holandii. 
--
We had also very interesting couchsurfing host in Groningen. J. is half Dutch and half Scottish student of marine biology. He rides race bicycle (the one with an extra thin wheels), ice skates, works as a medical help during the ice skating competition and make the pictures during the dancing competitions. The conversations with him were very fascinating! 

In the next post I will write about the rest of my trips across the Netherlands. 

niedziela, 28 września 2014

completely new beginnings

Za oknem wreszcie coraz więcej słońca! Jestem osobą działająca na energię słoneczną, więc korzystając z niej i kubka ciepłej kawy zabieram się do opowieści o moim półrocznym, holenderskim życiu.

[For English scroll down]

Dlaczego wybrałam Holandię? Dobre pytanie, na które jednak nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Kiedy myślałam o wyjeździe na Erasmusa rozważałam głównie Francję i Hiszpanię. Jednak mój francuski wystarczyłby na zapytanie się o drogę i zamówienie croissanta, a po hiszpańsku umiałabym się tylko przywitać. A jadąc na Erasmusa chciałam mieć taki psychiczny spokój, że jeśli się zgubię, każdy mnie zrozumie, jeśli zachoruję, będę umiała opowiedzieć, co mi dolega, a jeśli coś mi nie będzie pasować, będę umiała o tym powiedzieć. Tak umiem tylko po angielsku, ale na Wyspy Brytyjskie nie byłoby mnie stać. Znajomi, którzy mieli coś wspólnego z Holandią mówili, że mieszkający tam ludzie bardzo dobrze posługują się angielskim. W erasmusowych broszurkach zaczęłam szukać Holandii, państwa, które kojarzyło mi się tylko z rowerami, wiatrakami, chodakami i marihuaną. A w pamięci miałam kilkoro Holendrów- szalonych, przyjaznych ludzi, których poznałam pracując jako recepcjonistka w hostelu. Pomyślałam: skoro oni byli sympatyczni, a ich kraj jest uważany za rowerowy raj, to musi być dobre miejsce dla mnie. I nagle opcja, której nawet nie brałam pod uwagę, stała się tą, o którą zaczęłam wręcz walczyć.
Dlaczego? Mój kierunek nie miał podpisanej umowy z Utrechtem, więc zaczęłam szukać innych możliwości wyjazdu (uczelnia nie chciała mi pomóc). Dowiedziałam się, że mogę wyjechać z anglistyki, napisałam list motywacyjny po angielsku, a potem musiałam opowiadać po angielsku, jakie to badania zamierzam prowadzić za granicą. I udało się. Zostałam jedną z dwóch osób zakwalifikowanych do Utrechtu.
Przygotowań do wyjazdu było dość sporo: zakupy ubrań, załatwianie ubezpieczeń, podpisywanie umów, wybieranie przedmiotów, szukanie pokoju i zaliczanie semestru. Co do tego ostatniego nie byłam pewna aż do trzech dni przed wyjazdem. Mój opiekun naukowy wyjechał na wakacje i nie miał ochoty sprawdzić mojej pracy końcowej. Ale w końcu po wielu nerwowych momentach, pożegnaniach ze znajomymi i siedzeniu na trzydziestokilogramowej walizce, rok temu, drugiego września przed południem znalazłam się na wrocławskim lotnisku. A po godzinie i czterdziestu minutach wylądowałam w Eindhoven.

Holandia przywitała mnie pochmurnym niebem i wiatrem. Nie miałam pojęcia, że tak będzie przez większość dni mojego pobytu, kiedy opuszczałam ją w lipcu, upał nieźle dawał mi w kość. Ale nie o pogodzie wtedy głównie myślałam. Bardziej byłam podekscytowana tym, co się wydarzy, tą wielką niewiadomą i gotowa na rozpoczęcie nowego życia.
Początki nie były łatwe. Jechałam przecież nie wiedząc nawet, czy mam gdzie mieszkać. Problemy ze znalezieniem pokoju, o których wspominałam już tutaj nie zniknęły. Mimo, że znalazłam pokój, którego nie miałam okazji nawet zobaczyć (za każdym razem, gdy chciałam, żeby zrobiono mi jego zdjęcie, był zamknięty, a aktualna lokatorka nieosiągalna), nie podpisałam żadnej umowy. Miałam wpłacić kaucję, ale właściciel domu był na wakacjach, a zajmujący się jego sprawami jeden z lokatorów nie umiał mi podać prawidłowego numeru konta do przelewów międzynarodowych. Moje mieszkanie było więc potwierdzone 'na słowo'. Pisane na Facebooku w dodatku. Niedługo przed przylotem dowiedziałam się, że kiedy przyjadę, może nikogo nie być w domu. Dlatego byłam mniej zdziwiona, kiedy nikt nie otwierał mi drzwi.
Stałam samotnie z moją wielką walizką i trochę mniejszym plecakiem na ulicy, której nazwy nie mogłam spamiętać, i nie wiedziałam co mam zrobić. Nagle przed domem stanął jakiś mężczyzna koło pięćdziesiątki, śniadej cery, w okularach, z nieśmiałym uśmiechem.
- Chcesz wejść do środka?- zapytał.
- Tak, ale nikogo chyba nie ma w domu- odpowiedziałam.
- Mam klucze, otworzę Ci.
- Jesteś właścicielem?
- Tak- odpowiedział otwierając przede mną drzwi.
- A ja jestem Alina. Słyszałeś coś o mnie?
- Nie.
D. wcale nie przejmował się tym, że nic o mnie nie wiedział. Pomógł mi z walizką i po bardzo wąskich schodach weszliśmy na górę, do mojego nowego pokoju. Był klitką, o czym wiedziałam wcześniej, o wielkości niecałych ośmiu metrów kwadratowych, w której mieściło się tylko łóżko z pojedynczym materacem, małe biurko i krzesło, którego obecność utrudniała już jednak przemieszczanie się. Zamiast szafy były przymocowane do ścian trzy długie półki, dwa haczyki, a pod łóżkiem leżało plastikowe, długie, wąskie pudełko. Tyle z wyposażenia, które otrzymałam wraz z, zapewne wielomiesięczną, warstwą kurzu, brudu, intensywnym zapachem jakiś okropnych kadzideł, przeterminowanym jedzeniem w słoikach i paczkach, a także pojedynczymi elementami damskiej garderoby.
D. uśmiechnął się i powiedział, że był na wakacjach, więc nie miał czasu posprzątać. Dodał jeszcze, że powinna to była zrobić wcześniejsza lokatorka (Bułgarka, dziwnym trafem też Alina), a że tego nie zrobiła, to już nie jego problem. W tej samej chwili w drzwiach mojego pokoju pojawiła się J.- Greczynka mieszkająca w pokoju obok, żeby poskarżyć się na... karaluchy w swoim pokoju. Widząc przerażenie w moich oczach, D. zapewnił, że niedawno była jakaś dezynfekcja domu i nie powinny się pojawiać. Po jego wyjściu J. powiedziała, że od czasu swojego niedawnego wprowadzenia się do domu widziała już dwa. Trochę przestraszona wyszłam z domu ( i ze względu na karaluchy nie wiedziałam nawet, czy chcę do niego wrócić), żeby pojechać na spotkanie powitalne na uniwersytecie. Nie znałam drogi, ale gubiąc się i pytając dotarłam na duży, nowoczesny kampus na obrzeżach miasta. Wychodząc z autobusu poznałam Czeszkę, która razem ze mną szukała później miejsca spotkania, a po znalezieniu dołączyła się do swoich znajomych (głównie Czeszek), których poznała wcześniej na kursie językowym. Tym sposobem zostałam sama w tłumie przeróżnych narodowości. Dołączyłam się do jakiejś grupy, która okazała się być pełna Australijczyków i Amerykanów. Byli mili i roześmiani i w dodatku.... też już się znali, bo mieszkali razem w akademiku (na który mnie nie było stać). Gadałam z kilkoma osobami, ale po wymianie 'jak masz na imię, skąd jesteś, co studiujesz, gdzie mieszkasz', rozmowa zwykle umierała. Po sześciu podobnych dialogach i zorientowaniu się, że całe ogromne pomieszczenie zaczyna pustoszeć, postanowiłam iść do domu. I wtedy trafiłam na grupkę stojącą jeszcze na środku stali. Będący w niej wysoki blondyn uśmiechnął się do mnie i zaczęliśmy gadać. A. był Słoweńcem, a wraz z nim stały dwie Czeszki, Czech, Australijczyk i jakieś inne osoby, których już nie pamiętam. Po standardowej rozmowie miałam już iść, kiedy A. zaproponował, żebym poszła z nimi na piwo. Nowość dla mnie: mogliśmy je wypić na kampusie, gdzie w dodatku był sklep dobrze zaopatrzony w alkohole.

Kolejne kluczowe spotkanie miałam kilka godzin później. B., z którą przed przyjazdem do Holandii wymieniłam się kilkoma wiadomościami na Facebooku, w celu wspólnego szukania mieszkania, dopiero co przyjechała do Utrechtu i bardzo chciała mnie poznać. Pamiętając kilka fajnych miejsc, z mojego i O. poszukiwania pracy, zaprowadziłam nas do centrum. Przy herbacie w jednej z kawiarni na Neude (najpopularniejszy plac w mieście) gadałyśmy, jakbyśmy znały się od wielu lat.
Następne dni były istnym szaleństwem: spotkania i wykłady informacyjne na uczelni, szukanie roweru. Nie miałam czasu ani posprzątać pokoju, ani wypakować swojej walizki, ani się urządzić. A do tego dochodziły jeszcze imprezy integracyjne organizowane przez lokalny ESN. Te ostatnie były strzałem w dziesiątkę- gdyby nie one, nie znałabym nikogo poza swoimi współlokatorami. Podczas dnia integracyjnego poznałam, między innymi, trzy dziewczyny: K. (z Węgier), T. (z Anglii), i K.(z Rosji), które wraz z chłopakami: D. (z Niemiec), M. (z Danii), poznanym wcześniej A. (ze Słowenii) i O. (z Czech) zostali członkami przypadkowo stworzonej przeze mnie paczki. Ale jej powstanie nie od razu było wiadome. Po spotkaniach z ESN-u wszyscy rozchodzili się do swoich domów, a raczej akademików. A ja ubolewałam, że nie mam szansy mieszkać w żadnym z nich i przez to nie będę miała znajomych aż do końca swojego Erasmusa. Jednak przychodzenie na coraz to nowe wydarzenia integracyjne spowodowało, że kojarzyłam wyżej wymienione osoby i one kojarzyły mnie. Dlatego po atrakcjach ESN-u zaczęliśmy chodzić razem na piwo, lunch, szukać biblioteki, roweru. A potem przyszły jeż wspólnie gotowane obiady, pomoc w transportowaniu deski do prasowania, pożyczanie komuś swojego roweru i jechanie na bagażniku u kogoś innego przez miejsca, których zupełnie nie znaliśmy.

W tym samym czasie poznawałam też swoich współlokatorów (bo następowało to stopniowo) i tajemnice naszego domu (jestem pewna, że niektóre z nich do końca mojego pobytu w nim pozostały dla mnie tajemnicami). Pierwszego dnia poza J. poznałam jeszcze M.- też Greczynkę. Wróciłam wtedy dość późno ze spotkania integracyjnego i chciałam coś zostawić w kuchni. Nie mogłam jednak znaleźć światła. Macając lodówkę zorientowałam się, że ktoś jest niedaleko mnie, bo głośno oddychał. Dziewczyna rzuciła mi się na szyję i powiedziała, że strasznie się cieszy, że będę z nimi mieszkać. Na drugi dzień, kiedy podpisywałam umowę z D. poznałam V., pochodzącego z Kamerunu. Kilka dni później przyjechał S. (Etiopczyk), z którym pisałam w sprawie swojego pokoju przed przyjazdem do Holandii. A innego dnia, kiedy zeszłam na dół, żeby zrobić sobie śniadanie zobaczyłam bruneta siedzącego w luźnej, wakacyjnej pozycji na kanapie w salonie. To był C.- pół Holender pół Arubańczyk, który mieszkał w pokoju obok mojego i ze względu na cienkie ściany musiał codziennie, kilkanaście razy wysłuchiwać mojego alarmu, który zawsze ignorowałam przez co najmniej godzinę. Ale mimo to, bardzo szybko nawiązaliśmy dobry kontakt. Potrafiliśmy jeść razem śniadanie godzinę albo dwie dłużej, tylko dlatego, że akurat prowadziliśmy bardzo ważna rozmowę o podróżowaniu, zdrowej diecie lub po prostu o życiu. A gdy wychodziło słońce (rzadkie zjawisko w Holandii) C. wychodził na nasze podwórko, żeby trochę pomedytować. Czasem się do niego dołączałam i korzystaliśmy razem z tych promieni rozmawiając lub milcząc.
Bilski kontakt zaczął mi się tworzyć już we wrześniu z J. Obie byłyśmy nowe w Utrechcie, więc razem jeździłyśmy rowerami do Ikei na zakupy, wymieniałyśmy się informacjami o tanich sklepach, targach w pobliżu naszego domu, nadchodzących imprezach czy fajnych wykładowcach. J. śmiała się później, że jestem dla niej jak siostra. Coś w tym było. Zawsze pozwalała mi brać wszystko ze swojej półki w lodówce, a sama przychodziła do mnie po tusz do rzęs.
Pierwszy miesiąc mojego pobytu to też początek mojej fascynacji robieniem zakupów. Potrafiłam spędzać w super markecie pół godziny i to nie dlatego, że była duża kolejka. Chciałam pooglądać wszystkie nieznane mi wcześniej produkty, porównać, które z nich są w Polsce, a które nie (tu do moich faworytów zdecydowanie należą kiełbasy w paczkach i słoikach). Sama, ze względu na oszczędzanie(potrzebowałam pieniędzy na podróże), kupowałam niewiele, ale za to często wrzucałam do koszyka stroop wafle- moje ulubione holenderskie słodkości. Chodzenie na zakupy mobilizowało mnie też do mówienia po holendersku. Na ulicy, w barach, czy na uczelni z każdym mogłam się dogadać po angielsku. W sklepach bywało różnie, dlatego trochę z konieczności, a trochę dla zabawy mówiłam (a raczej udawałam, że mówię) po holendersku. Mój pakiet zawierał: trzy rodzaje powitań i dwa pożegnań, dziękuję bardzo, przepraszam, proszę, tak, nie, rachunek. Z czasem zapamiętałam też nazwy poszczególnych produktów, ale to odbywało się metodą prób i błędów- np. raz zamiast sera do smarowania, kupiłam... tarty.
Wrzesień to też pierwsze podróże. Na początku wycieczka do Rotterdamu z ESN-em. Bardziej traktowałam ją, jako okazję do poznania nowych osób, ale przy okazji zobaczyłam najważniejsze miejsca w mieście. Bez zachwytów. Rotterdam został zbombardowany w czasie II wojny światowej, dlatego niewiele jest w nim budynków w holenderskim stylu. W krajobrazie dominują klocowate bloki z czerwonej cegły, nieumiejętnie emitujące tradycyjną architekturę, i wieżowce, równie nieumiejętnie dążące do przypominania tych z Ameryki. Poza tym na ulicach jest zdecydowanie mniej rowerów. Świadczyły o tym wolne miejsca na parkingach rowerowych. W Utrechcie podobna sytuacja jest niemożliwa! Rowery poprzypinane są do wszystkich możliwych barierek, poręczy i jeszcze stoją luzem, czasem nawet rzędami (tak jest np. przed budynkami uniwersytetu).
Jedynym plusem Rotterdamu jest, jak dla mnie, przestrzeń, której jest zdecydowanie więcej w porównaniu do Utrechtu, czy nawet do Amsterdamu.
Aby mieć lepsze wyobrażenie o niej, warto wjechać na Euromast.
Jest to ponad stumetrowa wieża zakończona szerokim balkonem widokowym. Na jego ostatnim piętrze znajdują się krzesełka, na których się siada, żeby podziwiać widok, kiedy to piętro zaczyna się kręcić. Dzięki temu można podziwiać imponujący port, który był uważany za największy na świecie, dopóki nie przegonił go ten w Szanghaju.
W inne weekendy września podróżowałam już tylko do Amsterdamu. Raz miałam okazję pracować przy jednej z ważniejszych konferencji medycznych w Europie, dzięki poznanemu w lipcu A. . Następnym razem przyjechał do mnie D. i w ramach poznawania Holandii wybraliśmy się stopem do stolicy.
Mimo, że poznałam ją całkiem dobrze w lipcu, ciągle były (i nadal są) miejsca, których nie znałam, wszystko mnie fascynowała wokół i z chęcią wracałam w ulubione lokalizacje, takie jak pełna galerii i antykwariatów Spiegelkwartier.
Musiałam także dłużej zatrzymać się nad lekko jesiennymi, niezmiennie mnie zachwycającymi kanałami.
Nowym miejsce był dla mnie Begijnhof- średniowieczny wewnętrzny dziedziniec, który jest tak ukryty, że można do niego nawet nigdy nie trafić. Na jednej ze ścian placu Spui znajdują się małe, wąskie drzwi, a za nimi dość ciemna brama, która prowadzi już na sam dziedziniec. A tam spokój, cisza i urocze fasady kamienic.
Po środku dziedzińca znajduje się kościół anglikański, do którego poza nabożeństwami nie można wejść, ale my mieliśmy szczęście. Tego popołudnia odbywał się w nim jakiś koncert i skłamaliśmy przy wejściu, że chcemy posłuchać, a nie zwiedzać. Usiedliśmy w środku, zrobiłam kilka zdjęć i powiedzieliśmy, że jednak zmieniliśmy zdanie.
Idealnym podsumowaniem tego weekendu była niedziela w Utrechcie, kiedy pogoda też sprzyjała naszym długim spacerom. A ja dzięki nim coraz bardziej zakochiwałam się w tym mieście.


//

There is finally more sunny in my city! And I am the person who works thanks to solar energy. Therefore I enjoy current conditions and start telling you about my Dutch life.
Why did I choose Netherlands? That is a good question for which I don’t have any simple answer. Long time ago I thought about going on Erasmus either to France or Spain. But there were the problems with languages- my knowledge of French would be enough to ask for a way and order a croissant and I could only greet someone in Spanish. Going on Erasmus I wanted to feel calm and be sure that if I would get lost everyone would understand me, if I would get ill I would know how to tell about that and if I wouldn’t like some situation I would know how to protest. I know how to react in all of these situations only in English but living Great Britain would be too expensive for me. Some friends of mine who had something in common with Netherlands told me that Dutch people speak English pretty well.
I started to look for Dutch partner universities in Erasmus brochures. That was a bit funny because I started being interested in a country I had connoted only with bicycles, windmills, clogs and marihuana before. But I had in my mind a few Dutch people that I met working in hostel. They were crazy and friendly at the same time. I thought: there were so nice, their country is perceived as a bicycle paradise so it has to be a good place for me. And suddenly an option which I hadn’t thought about before became a goal which I started to fight for. Why? My field of study didn’t have an agreement with University of Utrecht, so I started to search for other possibilities of studying there. I got to know that I can go from different field of study- English studies. I wrote the covering letter, then I had an interview in English on which I had to present what research I would like to do at Utrecht University. And I made it. I was one of two people who were accepted to go to Utrecht.
I had many lead-ups: buying new clothes, buying insurances, signing up the study agreements, choosing the subjects, searching for a room and passing the semester in Poland. I wasn’t sure about if I would pass the semester because my tutor was on holidays and just didn’t want to check my final paper. But finally after many stressful moments, saying good bye to my friends and sitting on my 30-kilo suitcase I was at Wroclaw’s airport. And after one hour and 40 minutes I landed in Eindhoven. Netherlands welcomed my with a cloudy sky and a wind. I didn’t know that it was going to be like that during the whole time of my stay. When I was leaving that country in July I couldn’t stand the heat. But after landing I didn’t think much about the weather. I was rather very excited about everything what was going to happen in future and I was ready for that.
The beginning wasn’t easy. I was going there without knowing where I will live. The problems with finding a room which I already mentioned here, didn’t disappear. Although I found a room which I even didn’t chance to see (each time I wanted someone to make a picture of it for me, it was closed and current tenant wasn’t at home), I didn’t sign up any contract. I was supposed to pay a deposit but the owner of the house was on holiday and a person responsible for renting the room couldn’t give me the correct number of the account for international transfers. So I had only a world that the room was waiting for me. And just before coming to Netherlands I heard that no one will be at home when I arrive. Therefore I wasn’t that surprised when no one came to open the door for me. I was standing alone with my huge suitcase and a bit smaller backpack on the street and I didn’t know what to do. Suddenly some man came. He was around 50 years old, he had a dusky skin and glasses. He smiled to me shyly:
- Do you want to enter the house?- he asked.
- Yes, but I think that there is no one at home- I answered.
- I have the keys, I will open the door for you.
- Are you the owner?
- Yes- he answered opening the door.
- And I am Alina. Did you hear about me?
- No.
D. didn’t see to worry about the fact he hadn’t heard about me before. He helped me with my suitcase and we went together to my new room. It was extremely tiny (but I had known about that before)- it had only around 8 square metres. There were: a bed with a single mattress, a small desk and a chair which made moving inside the room more difficult. There wasn’t any wardrobe. There were only three shelves on the wall, two hooks and a long box under the bed. That was all I had in that room plus thick layer of dust, an intensive smell of some terrible incenses, old food in jars and packages, and some female clothes. D. smiled and said he was on holidays so he didn’t have time to clean up. He added also that the previous girl living in that room was supposed to do that (she was Bulgarian, funnily enough her name was also Alina) but she didn’t do that and it is not his problem. At the same moment some girl appeared in my room- it was J.- Greek who was living in next room. She came to complain about… cockroaches in her room.
D. noticed the fear in my eyes and said that not a long time ago there was a disinfection in the house and cockroaches should appear anymore. After he left home J. told me that she saw two cockroaches since she had moved to the house (she moved just one week before me).
I left home a bit frightened (and I wasn’t sure if I want to come back there again because of the cockroaches) and I wanted to go to the university for the welcoming meeting. I didn’t know the way so I was getting lost and asking people. Finally I arrived at the modern campus which was at the suburbs of the city. When I was getting off the bus I met some Czech girl. We were looking for the meeting place together but when we found it she joined her friends (mostly Czech) who she had got to know before. So I was alone again in the crowd of different nations. I joined some group which was full of Australians and Americans. They were nice and smiley but… they also had already known each other because they were living in the same dormitory (which I unfortunately couldn’t afford). I talked with quite a few people but after exchanging questions such as: what is your name, where are you from, what do you study, where do you live, all conversations ended. After six conversations and realising that the room is getting empty I decided to go back home. And then I met a group of people standing in the middle of the room. Among those people was a tall guy with bong hair. He smiled to me and we started talking. A. was from Slovenia and there were also two Czech girls, Australian and some other pople standing with him. After typical conversation (where are you from, what do you study) I was supposed to go but A. asked me to go with them for a beer. Something new for me: we could drink a beer on the campus and there was also a shop fully equipped with alcohol.
I had next meaningful meeting just a few hours after that one. B. (a girl who I was writing with on Facebook because we wanted to look for a flat together) just arrived in Utrecht and she wanted to meet me finally. I knew some nice places after looking for a job with O. so we went to the city centre together. We were drinking tea in one of the cafes on Neude (the most popular square in the city) and talking like we had known each other for ages.
The next days were completely crazy: meeting and informational lectures at the university, looking for a bike. I didn’t have time to clean up my room , unpack my suitcase or buy some things to my room (such as pillow and blanket, I was sleeping in a sleeping bag). And we had also some welcoming parties organised by local ESN. There parties and events were just great idea. If I didn’t join them I wouldn’t meet my friends. During introduction day I met three girls: K. (Hungary), T. (England) and K. (Russia) and together with the boys: M. (Denmark), D. (Germany), O. (from Czech Republic) and A. (the one I met on the first day) they were members of the crowd I spontaneously created. But it wasn’t so sure that I would have friends. After all ESN events people were coming back homes or rather dormitories. And I started to regret that I don’t live in any on them. But coming to the events and parties caused that some people started to remember me and I remembered them. So after the ESN events we started to go together for a beer, lunch, searching a library, bicycle. And then we were cooking together, transporting some furniture, borrowing bike to another person and going on someone’s back sit through the streets we didn’t know.
At the same time I was getting to know my housemates and the secrets of our house (but I am sure that I didn’t get to know them all…). First day apart from J. I met also M- a girl who was also from Greece. When I came back home from the welcoming meeting at the university, I wanted to leave something in the kitchen but I could find the light switch. I was just touching the fridge when I realised that someone is breathing loudly next to me. It was M.- she hugged me and said that she is very happy that I am going to live with them. The next day, when I was signing up the contract with D., I met V. from Cameroon. A few days later came S. (Ethiopia) who I wrote with about my room before coming to Netherlands. And another day I went downstairs to prepare a breakfast for myself and I saw some guy sitting on the sofa. He looked so laid-back. It was C.- half Dutch, half Arubian who was living next to me. We quickly catch nice contact one with another. We were frequently eating a breakfast for an hour or two because we wanted to finish our conversation about travelling, healthy diet or just about life. And when the sun was coming out (very rare phenomenon in Netherlands) C. was going outside, to our yard to meditate a bit. I was joining him and we were taking the advantage of the sun talking or just standing in silence.
I had a great relations also with J. We were both new in Utrecht, so we were cycling together to Ikea to buy something for out rooms, we were exchanging information about cheap shops, markets, incoming parties or nice teacher from our university. J. laughed sometimes that I was like a sister for her. It was some truth in that. She allowed me to take everything I wanted from her shelf in the fridge, she was coming to my room to borrow the mascara.
First month of the stay in Netherlands was also the beginning of my fascination of doing the shopping. I could spend hours in the supermarket and not because there was a long queue. I just wanted to watch all the products I hadn’t know before and compare which of them aren’t possible to buy in Poland (my favourites were sausages in pots and packages). I couldn’t spend much on food, but I frequently bought stroop waffles- my favourite Dutch sweets. Going shopping was also a chance for me to speak Dutch. I could communicate in English everywhere- on the streets, in the bars, at the university. But sometimes it was different in the shops- not everyone could speak English there. So I was speaking Dutch (or rather pretending that I speak) because it was necessary and also just for fun. I knew: three different kinds of saying hello and two of saying good bye, thank you very much, sorry, you are welcomed, yes, no, a bill. Then I got to know more words also thanks to shopping. But sometimes I had to make many mistakes until it happened- for example one day instead of the cheese to spread on a bread I bought… grated cheese.
September was also the month of my first travels. At the beginning I went to Rotterdam with ESN. I was rather an occasion to meet new people for me than a real trip but thanks to it I saw the most important places in that city. But I wasn’t impressed by it. Rotterdam was bombarded druing the second world war so there is not many old building in the typical Dutch style. The landscape is dominated by houses-boxes made from red brick which probably imitate the traditional architecture. There are also the skyscraper which probably imitate these ones from America. There is definitely less bicycles in Rotterdam. I noticed that because there were still some places to lock a bike to. That is impossible in Utrecht! Bicycles are locked to the all possible barriers and also stand freely on the pavements.
The one advantage of Rotterdam in my opinion is the space. It is definitely more of it comparing to Utrecht or even to Amsterdam. It is worth to go at the top of Euromast to believe in that.It is a tower which is more than 100 meters high and it has a big balcony at the top. At the last floor of it there are the chairs. People sit on the to admire the view of Rotterdam. But when they sit the floor starts to move in the circle so people can admire the whole harbour which was consider as the biggest in the world until they constructed bigger one in Shanghai.
At the other weekends of September I was traveling only to Amsterdam. Once I had a chance to work at one of the most important medical conferences in Europe thanks to A. who I met in July. Another time D. (friend from Poland) came to visit me and we hitch-hiked to the capital. Although I got to know it pretty well in July, there were still some places (and still are) which I didn’t know, everything fascinated me and I was willing to come back to the places I knew such as Spiegelkwartier- a district full of art galleries. And I also had to stop next to the beautiful canals where it was already possible to feel the autumn.
The new place for me was Begijnhof- a medieval courtyard which is so hidden that it is possible not to find it. At one of the sides of the Spui square there are a small, narrow doors and behind them there is a dark archway which leads to the courtyard. And there is peace, silence and becautiful facades of the tenement houses. In the middle of the courtyard there is an Anglican church but it is not possible to visit it apart from the church service time. But we were luckily enough to enter it. The day we visited Begijnhof there was some concert in that church. It was possible to go inside of it but only if you promised that you are going for a concert. We promised that, we sat inside, took some pictures and said to the organisers that we had changed our minds.
The perfect summary of our weekend was Sunday in Utrecht where the weather was perfect for our long walks. And thanks to that I was falling in love with that city more and more.